Azyl

Witajcie w kupieckim miasteczku Thoris!

Moderator: Strażnicy

User avatar
Sylwav
Posts: 123
Joined: Mon, 10 Sep 2007, 22:11
Contact:

Post by Sylwav » Wed, 14 Oct 2009, 17:44

- Selena... - mruknął do siebie, gdy odprowadzał ją wzrokiem. - Może w tym mieście czeka mnie coś lepszego, niż zwykła kurtyzana...

Odchrząknął, jednocześnie potrząsając głową, jakby za bujanie w obłokach dostał właśnie po głowie. Spojrzał w stronę wielkoluda, niepocieszony, że Mir nie patrzył tam, gdzie trzeba.

- Pobudka! Nie śpij, bo cię okradną, Mir. Zaraz wrócę od doktorka, a ty pilnuj swojej kolejki. Nie daj jakimś bucom wepchać się przed siebie. Jak nie będzie docierać, co do nich mówisz, to walnij raz i drugi po mordzie. W przypadku przedstawicielek płci pięknej wal raz - kobiet się długo nie bije - mrugnął uśmiechając się.

Ruszył w kierunku, który jego zdaniem prowadził do gabinetu Tregartha. Zbadał wzrokiem prawą rękę i poruszał nią trochę.

Może będzie zabawnie.
Last edited by Sylwav on Sun, 18 Oct 2009, 00:39, edited 1 time in total.
Osobnik wysoki, stosunkowo szczupły, lecz odpowiednio wyrzeźbiony. Włosy smoliście czarne, lekko przysłaniające bladą, gładką twarz. Ciemne oczy o nieco szalonym wyrazie współgrają z ironicznym uśmiechem. Postać ubrana jedynie w skórzaną kurtkę, obcisłe spodnie z tegoż samego materiału oraz wysokie buty, wszystko w kolorze czarnym.

User avatar
Dekares
Posts: 70
Joined: Sun, 16 Dec 2007, 12:03
Location: Konin
Contact:

Post by Dekares » Thu, 15 Oct 2009, 21:39

Dekares uśmiechnął się ciepło do Adriana i zaczął wesołym głosem:

- Widzi Pan, jak tylko zakwateruję się na stałe gdzieś w mieście albo w okolicy, chciałbym poinformować o swoim miejscu pobytu Pana doktora Tregartha... Dlatego chciałem spytać u kogo i kiedy mógłbym zostawić tę wiadomość, przy okazji nie odrywając niepotrzebnie od pracy pracowników szpitala?

Mężczyzna skinął głową.

- Nie ma problemu, - powiedział spokojnie. - Wystarczy, że przyjdzie pan tutaj i poda adres komukolwiek z personelu. Jeśli doktor nie będzie miał akurat innych zajęć, zawsze chętnie pana przyjmie. A gdyby był niedostępny, każde z nas przekaże informację - nie ma znaczenia, czy zostawi ją pan mnie, Selenie, czy Danielowi.

- Dziękuję za informacje. W takim wypadku porozmawiam jeszcze chwilę z Mirandorem - chłopak wymownie spojrzał w kierunku wielkoluda, - i udam się w poszukiwaniu jakiejś karczmy. Jeszcze raz dziękuję za pomoc.

Adrian znów kiwnął i uśmiechnął się.

- Bardzo proszę. Życzę szczęścia – powiedział.

- Nawzajem. Nie będę już Pana zatrzymywał, do zobaczenia. - Po tych słowach Dekares powoli skierował się w kierunku siedzącego w trawie Mirandora.

- To jak, opowiesz mi coś o tym latającym stworze, Mirandorze? – zapytał stając obok wielkoluda, po czym dodał konspiracyjnym tonem: – A co do przesiadywania w ogrodzie, to radzę uważać na każdy krok. Tutejszy ogrodnik może się okazać groźniejszy nawet od stada wilków, jeśli uzna, że jego rośliny mogą być zagrożone.
Last edited by Dekares on Sun, 18 Oct 2009, 00:52, edited 1 time in total.
My armor is Contempt
My Shield is Disgust
My sword is Hatred
In the Emperor's name
Let none survive!

User avatar
Mirandor
Posts: 130
Joined: Thu, 23 Aug 2007, 19:49

Post by Mirandor » Fri, 16 Oct 2009, 08:41

Mirandor spojrzał w kierunku Sylwava.
Odnosząca się do kobiet część wypowiedzi zbytnio go nie dotyczyła, więc nie powiedział o niej nic. Dopiero gdy kompan zwrócił się do niego bezpośrednio, przemówił:

- Nie śpię, Sylwavie, tak tylko siedziałem i patryłem - wskazał ręką ku górze, - tak po prostu. Ale po co ja mam tam iść? On mnie uzdrowi tak? - Idea kolejki chyba niezbyt wiele mu mówiła. - Nie będę tu nikogo bił - zbulwersował się, - bo precież nie mam za co. A kobiet się nie bije wcale - dokończył.

- Idź, ja tutaj będę na ciebie cekałwrócis. Potem... ja tam pójdę, jak mi pokażes dokąd. A potem się napijemy. O! - Uśmiechnął się, czego nie robił już od dłuższej chwili.

Odprowadził Sylwava wzrokiem aż wojownik zniknął między drzewami, po czym - z braku jakiegokolwiek zajęcia - znów spojrzał w górę, na odległe niebo. Dla wygody nawet rozciągnął się na trawniku i wyglądając na zadowolonego, leżał tak przez chwilę - aż do momentu, gdy usłyszał drugi głos przemawiający do niego.
Zaraz usiadł na trawniku i spiął się nieco. Spojrzał na rozmówcę i starannie przeanalizował jego słowa - w większości okazało się to, niestety, bezowocne. Nie zrozumiał tej wypowiedzi w całości, więc bronił się, jak potrafił:

- Okród? - zaczął cicho i zaraz zamilkł, by znów przemówić w innym temacie. - A co chces wiedzieć o nim?

A może to była ona? - pomyślał przywołując kształt demona w myślach.

- Był to strasny upiór z dolnego świata - rozpoczął głośno. - Nie wiem, cemu do mnie prysedł. Pewno bo pozwoliłem pójść Konradowi i Sylwavowi do.. - zamilkł na krótko, gdy pomyślał, że nie powinien mówić więcej na ten temat. - ... tam dokąd posli.
A więc ja siedziałem przy ognisku, gdy nagle jakiś hałas zwrócił moją uwagę. Wstałem i posedłem cicho, skąd dochodził. Potwór siedział na drewie i caił się na mnie. Potem z krykiem zaatakował mnie, łapiąc za ramię i niscąc moją kurtkę - wskazał na liczne rozdarcia w swoim śmierdzącym skórzanym ubraniu. - Uciekłem do ogniska, gdzie leżał mój łuk i postarałem się wycelować tam, gdzie on był. Ale było ciemno, a stwór latał....

Odetchnął na chwilę i powrócił w myślach do wydarzeń tamtej nocy.
Last edited by Mirandor on Sun, 18 Oct 2009, 01:06, edited 1 time in total.

User avatar
Astarael
Mistrz Gry
Posts: 1146
Joined: Sun, 25 Feb 2007, 00:05
Location: Enki-e Shao'Saye
Contact:

Post by Astarael » Sun, 18 Oct 2009, 01:07

Selena z miłym uśmiechem patrzyła na jedzącą kobietę. Choć kapłanka nie potrafiła dostrzec jej oczu, czuła, że została poddana drobiazgowej obserwacji.

- Budynek, na który zwróciła pani uwagę, to Bazylika Donicusa, najbardziej okazała świątynia w mieście. Co wieczór będzie pani mogła usłyszeć dzwony wzywające na nabożeństwo – powiedziała dziewczyna siadając ostrożnie na łóżku rannej. - Doktor Tregarth chyba nie jest szczególnie religijnym człowiekiem. Wydaje mi się, że wierzy przede wszystkim w naukę i, proszę mi wierzyć, niewielu poznałam medyków, którzy wiedzieliby tak dużo.
Z tego, co wiem, szpital doktora jest największy w Thoris, choć są tutaj jeszcze przyświątynne lazarety.

Drobne dłonie Seleny przebiegały machinalnie po fałdach spódnicy.
Ostatnia uwaga Lalaith najwyraźniej zmieszała uroczą brunetkę. Dziewczyna przygryzła dolną wargę.

- To nie do końca tak... - powiedziała wreszcie. - Wydaje mi się, że on nie traktuje ludzi z góry. Chodzi chyba bardziej o to, że on naprawdę wie, co może im pomóc. Ludzie mają skłonność do trwania w przekonaniu, że zawsze wiedzą lepiej... A przy doktorze najlepiej jest milczeć i robić, co każe – uśmiechnęła się nieśmiało. - nawet jeśli nie traci czasu na zabawy w rycerskość i kokieterię, nawet na chwilę nie spuszcza z oka swego celu, którym jest zawsze ratowanie życia.

Kiedy pacjentka skończyła posiłek, jej opiekunka szybko odstawiła tacę. Przez chwilę przyglądała się walce kobiety z poplątanymi włosami, po czym delikatnie wyjęła jej szczotkę z dłoni.

- Może lepiej ja to zrobię, - powiedziała. W milczeniu rozczesywała loki rannej, jakby zdawała sobie sprawę z gonitwy myśli w głowie pacjentki.
Lalaith czuła się coraz lepiej – opatrzona, czysta i najedzona miała wrażenie, że życie znów stanęło przed nią otworem.

- Obawiam się, że ten pan nie jest naszym pacjentem – odpowiedziała Selena, gdy kapłanka spytała o Dekaresa. - Nie wiem, czy będę w stanie pani pomóc. Mogę popytać w szpitalu, co tutaj robił; może to czyjś posłaniec? Może odbierał leki dla swego pana albo jakiegoś krewnego? Hmmm... - dziewczyna przerwała czesanie Lalaith. - pani włosy są posklejane żywicą – powiedziała poważnym tonem. - Szkoda byłoby je obcinać, ale boję się, że może nie być innego wyjścia...

Kapłanka uniosła ramiona, przebiegła palcami pomiędzy lokami, trafiając na miejsca, o których mówiła Selena – w jednym z nich poczuła kawałek patyka.

- Porozmawiam z Mistrzem Vardalienem – szybko rzuciła brunetka. - Może on zna jakiś sposób na pozbycie się żywicy...
* * * - Drugie drzwi na lewo! - krzyknął za Sylwavem osiłek w sukience, gdy zabójca magów wszedł pomiędzy drzewa.

Mężczyzna skinął głową i przeszedł przez otwarte drzwi dotychczas skryte za bujną roślinnością.
Prosty kamienny korytarz pozbawiony był wszelkich ozdób, a kończyły go schody wiodące na górę. Sylwav szybko odnalazł właściwe drzwi i wszedł do środka.

Ściany pokoju zastawiały wypełnione książkami i słojami półki – w jednym z naczyń rozpoznał pływające w solance serce, w innym – ludzki palec.
Przy okazałym biurku, na którym piętrzyły się stosy papierów, siedział kościsty mężczyzna o długim nosie i przenikliwym spojrzeniu chłodnych oczu. Cienkie stalowe okulary nadawały mu powagi.
Medyk przechylił głowę i przyjrzał się gościowi.

- Witam pana, - powiedział schrypniętym głosem przypominającym ptasi skrzek. Nieznacznym ruchem dłoni wskazał ławę: - Proszę usiąść, zdjąć kurtkę i opowiedzieć, co pana do mnie sprowadza.
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.

User avatar
Sylwav
Posts: 123
Joined: Mon, 10 Sep 2007, 22:11
Contact:

Post by Sylwav » Mon, 19 Oct 2009, 17:21

Stanął przed drzwiami gabinetu, odchrząknął, poprawił kurtkę i otworzył drzwi, jednocześnie przechodząc przez próg.
Uderzył go znajomy po części zapach. Zawierał w sobie kilka elementów wspólnych z aromatem gabinetów lekarskich, w których bywał. Ale to nie było do końca to. Od razu było czuć odmienny charakter preparatów leczących, używanych w tym miejscu.

Byle były skuteczne.

- To co mnie sprowadza, to między innymi boląca syra - klepnął się lekko w okolice rany. - Resztę nie cierpiących zwłoki spraw omówimy później.

Posłusznie zdjął kurkę i posadził się na najbliższym siedzisku.

- A więc, doktorku... - zawahał się.

- Drogi panie, - zaczął powoli lekarz, składając przed sobą dłonie i patrząc w oczy Sylwava, - podstawą każdego badania nowego pacjenta jest dobry wywiad. Nie chciałbym zamęczać pana wiedzą medyczną, ale bardzo często o sposobie leczenia decydują okoliczności odniesienia rany, broń, którą ją zadano, miejsce i pogoda, w których miało miejsce zdarzenie. Tym samym - im więcej pan powie mi od razu, tym więcej będę w stanie zrobić dla poprawienia pańskiego stanu zdrowia.

- Tja, profesjonalizm aż bije mnie po twarzy. Podoba mi się to. No to zaczynamy: niedawno mieli czelność zaatakować mnie przypadkowi zbóje. Wzięto mnie kompletnie z zaskoczenia, inaczej przerobiłbym ich na karmę dla kotów zanim zdążyliby krzyknąć "to jest nebany japad". Dostałem mieczem po udzie. Wszystko działo się szybko, nie pamiętam za wiele, ale muszę pana pochwalić za personel - wyskoczył nagle jak guma z gaci. - Ta Selena, mhm, bardzo fajna dziewczyna. Nawet ten facet w sukience wygląda jak białogłowa. Godny podziwu gust w doborze pracowników - mrugnął.
- Te organy - pomachał palcem w stronę słoików, - to jakieś chore hobby?

- Wspominał pan o "reszcie nie cierpiących zwłoki spraw" - powiedział Tregarth. - Wierzę, że nie miał pan na myśli ani mojego personelu, ani zgromadzonych tu preparatów. Bardzo proszę przez chwilę skupić się na swoim zdrowiu.

Ściągnął usta i zmrużył oczy. Sylwav widział już wcześniej taki wyraz twarzy. Wiele razy.
Potrafił rozpoznać belfra...

- Reszta nie cierpiących zwłoki spraw jest wybitnie nie związana z moim zdrowiem, doktorku. Proszę mnie zbadać, a później czym prędzej przejdziemy do ciekawszych rzeczy.

- W takim razie proszę zdjąć spodnie - powiedział lekarz i wstał, by umyć dłonie.

Podszedł do nagiego wojownika i schylił się nad jego udem. Z uwagą obejrzał ranę, po czym podszedł do regału i przez chwilę przyglądał się zawartości jednej z półek. Wrócił z niewielką buteleczką, którą odkorkował. W pomieszczeniu rozszedł się ostry zapach. Medyk bez wahania wylał zawartość na udo i chwycił żelaznym uściskiem nadgarstki Sylwava, który zawył z bólu i zaskoczenia i próbował chwycić płonącą nagłym bólem nogę.

- Proszę tego nie ruszać, - powiedział spokojnie Tregarth. Wojownik zaskoczony był jego siłą i opanowaniem. - Najpierw muszę odkazić ranę, potem ją panu zaszyję. Cięcie jest gładkie, czyste i równe, zrośnie się bez problemu, a blizna nie będzie bardziej widoczna, niż inne, które już pan na sobie nosi.

- Trochę bardziej humanitarnie! - Spojrzał na Tregartha z wyrzutem. - Chociaż ostrzeżenie jakie... Wy, doktorzy, chyba nie chcecie dorównać złej reputacji dentystom, hę? - Po złapaniu kilku głębszych oddechów odzyskał spokój ducha. - Gdzie się pan tak wyrobił? - wskazał oczami dłonie doktora. - Na zakręcaniu tych słoików?

- Też - powiedział cicho lekarz, po czym puścił ręce zabójcy magów. Wrócił do biurka i odsunął jedną z szuflad. - Sporo napadów zarejestrowaliśmy w ostatnim czasie w naszej okolicy - zauważył. - Najwyraźniej grasujący w pobliskich lasach rozbójnicy stają się coraz bardziej pewni siebie i atakują podróżnych bez względu na wszystko...

- Cóż - Sylwav rozmasował nadgarstki, - o tych, którzy skrzyżowali ze mną ostrza, martwić się już nie musicie. Reszta zastanowi się dwa razy, zanim kogoś napadnie. Domyślam się, że teraz zaczniesz szyć, doktorku? Jesteś z tych, co to zabawiają pacjentów rozmową? Bo ja bardzo chętnie posłuchałbym jakiejś ciekawej historyjki o poprzednich pacjentach. Jest tu jakiś ciekawy przypadek?

Lekarz ponownie umył dłonie, po czym zbliżył się do okna, by w skupieniu nawlec igłę.

- Jeśli nie jest pan lekarzem, to nie jestem upoważniony, by konsultować z panem stan zdrowia kogokolwiek spośród moich podopiecznych. A nawet gdyby pan był, to nie widzę powodu, dla którego miałbym to robić - Tregarth przyklęknął przy pacjencie i wbił igłę w jego skórę. Sylwav nie poczuł ukłucia. Stalowe narzędzie szybko przemykało pomiędzy kawałkami skóry, sciągając je ku sobie i zamykając ranę. - Rozumiem, że pańska praca przewiduje takie wypadki. Nie wygląda pan na wstrząśniętego ani na zaskoczonego.

- A więc jednak jesteśmy rozmowni - uśmiechnął się. - Praca, taa... Chwilowo jestem bezrobotny. Pewien niedobry człowiek postanowił wykopać mnie ze stołka w dosyć niespodziewany i niezbyt elegancki sposób. - Uśmiechnął się do siebie gorzko. - W sumie mu się nie dziwię. W pewnym sensie pozbawiałem go pracowników. Można powiedzieć, że jeśli gdzieś jest pokój wypełniony szkodnikami, to ja to miejsce znajdę, a szkodnikami udekoruję owo pomieszczenie. Pod względem precyzji jesteśmy do siebie bliźniaczo podobni, doktorku.

- Tyle, że ja nie zabijam szkodników... - mruknął lekarz.

Zawiązał supełek na nici i uciął ją.

- Cholernie piecze ta rana.

- Popiecze i przestanie - powiedział sucho Tregarth odkładając narzędzia i po raz kolejny podchodząc do miski, by umyć dłonie. - Kto mieczem wojuje, często rany kuruje...
A co z tym cięciem na ramieniu? Niewystarczająco głębokie, by należało się o nie martwić?

- Dzięki niech będą niebiosom, że macie tu lepszych doktorów - ostrożnie stanął na nodze. - Co do ramienia... to to jest ta reszta spraw nie cierpiących zwłoki. Teraz wszystko zależy od tego, z czym miałeś w życiu do czynienia, doktorku. Na pierwszy rzut oka wyglądasz na naprawdę łebskiego gościa. Takiego, który pomoże mi w rozwiązaniu wielu innych problemów, aniżeli tylko tych zdrowotnych. Mam nadzieję, że słyszałeś o Argutum - mówiąc to rozchylił ranę w prawej ręce, by ukazać jej wnętrze. - To tylko prawe ramię, cała reszta ciała jest organiczna.

***

- Ocknął się, cholera – Seth spojrzał z niepokojem w stronę podopiecznego.

Gdyby ryk chłopaka był o ton wyższy, zbudziłby wszystkich rezydentów tamtejszej kostnicy.

- Up*****lił mi ramię!!! – łkał chłopak.

Krzyk momentalnie ściągnął medyków i pobliskich żołnierzy towarzyszących młodzieńcowi od opuszczenia kryjówki maga.

- Trzymajcie go, do cholery! – Seth ryknął w stronę piechurów. - Spokojnie, Sylwav, to nic, naprawią to – próbował unieruchomić chłopaka. - Oni wszystko potrafią naprawić.

- Uspokój się? – głos był na tyle zduszony, że ewentualny rozmówca mógł wyłapać tylko szczątki wypowiedzi. – Moja ręka... Wyrwał ją i całkowicie zmasakrował, pieprzony czarokleta. Jestem, k***a, skończony – rozpłakał się na nowo.

- Gdzie ten pieprzony szalej!?

- Seth, czemu... czemu przyszliście tak późno? Czemu pozwoliliście mu to zrobić?

- Sylwav... Wybacz mi, dzieciaku.

Chłopak zemdlał zanim zdążono podać mu jakikolwiek preparat. Seth długo się w niego wpatrywał.
Last edited by Sylwav on Tue, 20 Oct 2009, 01:32, edited 1 time in total.
Osobnik wysoki, stosunkowo szczupły, lecz odpowiednio wyrzeźbiony. Włosy smoliście czarne, lekko przysłaniające bladą, gładką twarz. Ciemne oczy o nieco szalonym wyrazie współgrają z ironicznym uśmiechem. Postać ubrana jedynie w skórzaną kurtkę, obcisłe spodnie z tegoż samego materiału oraz wysokie buty, wszystko w kolorze czarnym.

User avatar
Lalaith
Krzykaczka
Posts: 176
Joined: Sat, 26 May 2007, 20:19
Location: z Dalekiej Drogi
Contact:

Post by Lalaith » Mon, 19 Oct 2009, 18:49

Lalaith podniosła oczy na swoją opiekunkę. Oczywiście zamiast jej spojrzenia napotkała zasłaniającą oczy grzywkę.

- Obciąć?! Wolałabym jednak nie… - powiedziała, nie mając odwagi stanowczo zaprotestować. Cierpliwie znosiła zmagania Seleny, mające na celu rozsupłanie jej loków. Przypomniały jej się czasy, kiedy była dzieckiem i to ojciec zmagał się z poplątanymi puklami swojej „małej córeczki” – wtedy strasznie się buntowała.

- A jak może mi pomóc mistrz Vardalien? To jakiś specjalista od aptekarstwa? Seleno, bardzo bym nie chciała być zmuszona do ścięcia włosów, czułabym się z tym strasznie nieswojo. Bardzo proszę, niech pani z nim porozmawia! – Kapłanka złapała dłoń rozsupłującą splątany kosmyk.

Czuję się taka pogubiona w tym wszystkim! Tylu ludzi, nowych miejsc… Nowych ścieżek.
Nowa fryzura to już nadmiar nowości, Matko. Zresztą czułabym się idiotycznie z krótkimi włosami – ja nie jestem jakąś tam wojowniczką czy czymś... Jestem tylko zielarką. Zwykłą, nieskomplikowaną dziewczyną.


Lalaith wyraźnie nie była zachwycona pomysłem drastycznej zmiany wyglądu. Przywykła do długich włosów, z którymi nie trzeba robić nic więcej, oprócz umycia i pozostawienia samym sobie, co w podróży było bardzo praktyczne. Poza tym zawsze zdawało jej się, że krótkie włosy są odpowiedniejsze dla innych rodzajów kobiet – dla wojowniczek, albo dla wymuskanych dam, które miały kaprys posiadania oryginalnej fryzury i czas, by o nią dbać.

W każdym bądź razie, na pewno nie dla mnie…

Co prawda nie wiedziała ani jak dużo czasu zajmie jej doprowadzenie się do stanu jako takiej równowagi zdrowotnej, ani gdzie ruszy, jeżeli doktor nie zechce jej zatrudnić. Ale to nie umniejszało wcale niezadowolenia z pomysłu obcięcia włosów. I nie miały na to wpływu ani próżność, ani narcyzm - Lalaith nie lubiła zmian wbrew jej woli; zwłaszcza tych, które pojawiały się znienacka. Miała też wrażenie, że ścięcie włosów przeistoczy ją – przynajmniej w oczach innych ludzi – w kogoś innego; być może kogoś, kim nie była i nie chciałaby być.

Bo przecież wiadomo, że osobowość ma wpływ na to, jak się nosimy. Sposobem bycia i wyglądem dajemy innym poznać sporą część nas samych. A jak nas widzą, tak nas piszą.

Zdawała sobie sprawę, że nie znajdowała się w sytuacji, w której mogłaby stawiać warunki. Nie chciała też sprawiać więcej kłopotów tej sympatycznej osóbce – kto wie, czy medyk nie zbeszta jej za przyprowadzenie tak niesfornej pacjentki?

- Będę wdzięczna za pomoc. Ostatecznie… jeżeli ten pan nie będzie mógł jakoś pomóc, niech pani zetnie te najbardziej splątane kosmyki. Wolę chyba żeby były krzywe, niż krótkie… - westchnęła zrezygnowana.

- Mam też nadzieję, że niebawem będę mogła jakoś się odwdzięczyć za to wszystko. Bo przecież utrzymanie szpitala i zapewnienie opieki chorym pochłania ogromne ilości czasu i, niestety, pieniędzy. A ja nie mogę zapłacić za udzieloną pomoc… Wszystko, co miałam, zabrał mi ten Zielonooki Szlachcic. Wszystko.

Nawet jakąś część mnie… Zastanawiam się, jak mogło do czegoś takiego dojść? Matko, czemu pozwalasz, by działy się takie rzeczy? By ludzie bawili się innymi, jak przedmiotami…
Przecież ludzi trzeba kochać, a przedmiotów używać. Nigdy na odwrót. Tak mówiła zawsze Matka Przełożona.


- Ludzi trzeba kochać, przedmiotów używać… - szepnęła bardziej do siebie, niż do towarzyszącej jej kobiety.
Last edited by Lalaith on Tue, 20 Oct 2009, 01:45, edited 1 time in total.
Być beznadziejnie niepewnym i szaleńcem nadziei
~~~~~~~~~~~~
Dziewczyna o delikatnej urodzie; długie rzęsy, bursztynowo zielone oczy. Usta w kolorze płatków maków. Krótko ścięte kręcone włosy w kolorze kasztanowo rudym nadają jej nieco zawadiacki wygląd. 160cm wzrostu i 55kg.

User avatar
Dekares
Posts: 70
Joined: Sun, 16 Dec 2007, 12:03
Location: Konin
Contact:

Post by Dekares » Mon, 19 Oct 2009, 19:43

Dekares powoli usiadł koło wielkoluda, wsłuchując się w jego opowieść.
W końcu możliwie jak najuprzejmiej przerwał Mirandorowi i powiedział:

- Nie musisz mi wszystkiego opowiadać, co do najdrobniejszego szczególiku, drogi Mirandorze. Chodziło mi o jakieś... hm... - chłopak zamyślił się, szukając odpowiedniego słowa – konkrety. Na przykład, co to była za poczwara i jak ją ubiłeś, abym wiedział jak sobie poradzić z podobnym paskudztwem, gdybym, tfu, trafił na coś podobnego. Mam nadzieję, że nie masz do mnie żalu, że ci przerwałem. Po prostu wydaje mi się, że dokładna opowieść nie jest potrzebna. Nie bawi mnie słuchanie o tym, jak coś niemal rozszarpało kogoś na strzępy. Co najwyżej jestem ciekaw wiedzy, która pozwoliłaby mi także zostać „niemal” rozszarpanym w razie takiego spotkania; zamiast "całkowicie" rozszarpanym.
Poza tym nie chcę cię przemęczać. Przecież jesteś ranny, Mirandorze, i pewnie odpowiadanie na moje głupie pytania jest dla ciebie jeszcze bardziej męczące, niż dla człowieka w pełni sił. – Dekares zdążył zauważyć, że jego rozmówca miał pewne problemy ze zrozumieniem, więc starał się mówić powoli i wyraźnie.
Last edited by Dekares on Tue, 20 Oct 2009, 02:00, edited 1 time in total.
My armor is Contempt
My Shield is Disgust
My sword is Hatred
In the Emperor's name
Let none survive!

User avatar
Mirandor
Posts: 130
Joined: Thu, 23 Aug 2007, 19:49

Post by Mirandor » Mon, 19 Oct 2009, 23:38

Przytaknął Dekaresowi i rzekł:

- Nie wiem, co to było. Wyglądało jak cłowiek, ale miało duże pazury u rąk i stóp oraz skrydła jak ptak i głośno krycało. A jak go zabiłem? - Wymierzył nieistniejącym łukiem w chmurę na niebie. - Zawiązałem smatę na strale od łuku i streliłem do niego. Jak spadł, to siekierą odciąłem mu łeb, by na pewno nie żył.
Nie spotkas Ducha z Dolnego Świata tak po prostu; to nie żyje tak normalnie w lesie. Baj Bajanaj musiał mi pomóc w pokonaniu tego potwora!
Gdybyś jednak zasłużył sobie na taką walkę, to pilnuj się lub uciekaj w las - rzekł stanowczo, po czym zamilkł.
Last edited by Mirandor on Tue, 20 Oct 2009, 02:03, edited 1 time in total.

User avatar
Astarael
Mistrz Gry
Posts: 1146
Joined: Sun, 25 Feb 2007, 00:05
Location: Enki-e Shao'Saye
Contact:

Post by Astarael » Tue, 20 Oct 2009, 02:08

Tregarth osuszył dłonie i podszedł ponownie do gadatliwego pacjenta. Zmarszczył brwi i przyjrzał się głębokiemu cięciu. Nieco zakrzepłej krwi znaczyło krawędzie rany, która poza tym wyglądała na... dziwnie nieszkodliwą.

- Jak na ranę zadaną w ciągu ostatnich kilkunastu godzin - mruczał medyk dotykając rozciętej skóry, - cięcie jest niezwykle czyste. Tkanki rozeszły się, jakby uszkodzenie dotyczyło jedynie skóry, a nie warstwy mięśniowej...

Długie palce rozchyliły płaty ciała i lekarz pokręcił głową. Po raz kolejny Sylwav z uznaniem pomyślał o spokoju doktorka.

- Kto panu zmajstrował tak skomplikowaną protezę? - zapytał Tregarth z niekłamanym podziwem. - Czytałem o próbach zastępowania kości stalą, ale żelazo ulega zazwyczaj korozji i pacjenci giną od zakażeń lub - w najlepszym razie - tracą bezpowrotnie kończynę! Jeszcze nigdy w życiu nie widziałem czegoś takiego...
Gdzie przeprowadzono zabieg? Pod czyim nadzorem? Dlaczego ktoś, kto potrafi robić takie rzeczy, nie ogłosił dotychczas wyników swoich badań?

Pytań medyka było coraz więcej. Mężczyzna ostrożnie wsunął palec w głąb rany i dotknął chłodnego metalu. Znów pokręcił głową, jakby nie dowierzał własnym zmysłom.
Delikatnie dotykał ciała otaczającego metalowy pręt.

- Zadziwiające... - mamrotał wyraźnie zafascynowany. - Tkanki na pierwszy rzut oka wyglądają jak naturalne, systema musculorum, vasa capillaria, wszystko wygląda tak, jak powinno! Autor tego dzieła jest cudotwórcą! Ciekaw jestem, jak przebiega proces rehabilitacji... Czy tkanki się zrosną? Cutis wygląda na prawdziwą... A może...?

Wyprostował się nagle i spojrzał z uwagą na Sylwava.

- Być może nie zdaje pan sobie z tego sprawy, - zaczął powoli, starannie dobierając słowa, - ale przeprowadzono na panu najbardziej nowatorski i najdoskonalej wykonany zabieg współczesnej medycyny! Wiedza o tym, jak to robić, może odmienić życie tysięcy ludzi! Obecnie szczytem nowatorstwa są żelazne szczypce, jako proteza dłoni! Pan jest dowodem na to, że ktoś znalazł sposób zastąpienia amputowanej kończyny pełnowartościowym substytutem! Miejsce połączenia żywej tkanki z tym arcydziełem jest praktycznie niezauważalne!
Musi mi pan powiedzieć, gdzie znajdę chirurga... - zawahał się nagle i przerwał swoje ekstatyczne okrzyki. - A może to dzieło magów?
* * * Selena patrzyła na kobietę z poważną miną.
Lalaith była jej wdzięczna nie tylko za opiekę, ale i za milczenie, kiedy nie potrafiła sobie poradzić z natłokiem myśli.
Na ustach brunetki znów pojawił się sympatyczny uśmiech.

- Proszę się nie martwić - powiedziała ciepłym tonem. - Jeśli ktoś może znać sposób na taki problem, to jest to bez wątpienia Mistrz Vardalien.

Delikatną dłonią pogładziła pacjentkę po ramieniu.

- Zobaczymy się jutro rano i postaramy się pozbyć żywicy w ten albo inny sposób - dodała. - Tymczasem musi się pani wyspać i zregenerować siły. Za kilka godzin Daniel przyniesie kolację. Musi mi pani obiecać, że zje wszystko.
Proszę być dobrej myśli.
A teraz proszę oswobodzić ranną rekę. Pora na zmianę opatrunku.

Selena sprawnie odwiązała przesiąknięty silnie pachnącą mazią bandaż i delikatnie nałożyła świeżą warstwę specyfiku. Spośród fałd spódnicy wydobyła rolkę tkaniny i starannie oplotła ramię Lalaith. Przez cały czas nuciła cicho.
Płynna melodia spowijała ranną kobietę równie ciasno i subtelnie jak bandaże. Nigdy wcześniej kapłanka nie słyszała nic podobnego - muzyka falowała hipnotycznie, wnosząc się i opadając w skomplikowanych pasażach. Głos dziewczyny miał w sobie miękką delikatność dzieciństwa i przepastną głębię wieczności.
Nie znając języka, w którym śpiewała Selena, nie będąc nawet w stanie rozróżnić poszczególnych słów - Lalaith miała wrażenie jakby znalazła się w jaskini pełnej roztańczonych ech, lśniącej odbitym światłem dziesiątek świec. Niemal widziała smukłe postaci ciemnowłosych istot zgromadzonych wokół kryształowo przejrzystej sadzawki.

Nagle znów była w kamiennej sali thoryjskiego szpitala, a kruczowłosa dziewczyna okrywała ją prześcieradłem.

- Myślę, że wygodniej byłoby pani bez płaszcza, ale lepiej nie ryzykować przeziębienia. - Lalaith patrzyła na opiekunkę nieco oszołomiona, wciąż niepewna, co sie zdarzyło. Czyżby była aż tak zmęczona by mieć przywidzenia? A może to przez wino?

- Teraz najlepiej pani zrobi zasypiając. Potrzebuje pani odpoczynku. Obiecuję, że spotkamy się rano.
I postaram się dowiedzieć czegoś o pani przyjacielu.

Selena szybko zebrała naczynia i, obdarzywszy kobietę promiennym uśmiechem, ruszyła w kierunku wyjścia.
Zatrzymała się na chwilę przy łóżku innego chorego, po czym podjęła swoją wędrówkę. Światło ożywiało barwy na jej spódnicy, jakby chciało uczynić z niej żywe wcielenie życiodajnej Diyoli.
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.

User avatar
Sylwav
Posts: 123
Joined: Mon, 10 Sep 2007, 22:11
Contact:

Post by Sylwav » Tue, 20 Oct 2009, 14:40

Spokój Tregartha był niczym remedium na wszystkie zmartwienia wojownika. Opanowanie medyka mogło oznaczać, że miał z czymś podobnym do czynienia. To, że mógłby być wtajemniczony w sprawy firmy aż rzucało się w oczy. Intelekt nie pozostawiał żadnych wątpliwości. Teraz fakt ów znajdował potwierdzenie we wręcz podszytej antydepresantami reakcji.

Optymizm utrzymał się do czasu pierwszego pytania Tregartha.

Grymas na twarzy wojownika robił się coraz bardziej nieprzyjemny, wprost proporcjonalnie do zachwytów doktora nad mechanicznym ramieniem; w pewnym momencie Sylwav przestał słuchać lekarza. Zamiast tego z pełnym trwogi spojrzeniem patrzył w dal, całkowicie pochłonięty przez własne myśli.

On nic nie wie. Nie ma o niczym pojęcia. Ich odpowiedzią na moje mechaniczne ramię są jakieś pieprzone szczypce!
Argutum przeszukało każde miasto, które mogło pochwalić się posiadaniem w swoich szeregach uczonych. Młodzi naukowcy byli bacznie obserwowani. Nie ma takiej możliwości, żeby ten tutaj został niezauważony. Facet na pierwszy rzut oka przewyższa intelektem najgłupszego jajogłowego firmy co najmniej dwukrotnie. Nie uciekłby przed nami, to w ogóle nie wchodzi w grę. Ale skoro na Argutum nie zareagował w ogóle, a to ramię widzi po raz pierwszy w życiu... Jestem na terenie nie tkniętym przez Imperium. Tutejsi jajogłowi są bezużyteczni. Skoro Tregarth nie jest zorientowany, to żaden z nich nie będzie.
Jakby tego było mało, za sprawą jednego ruchu ramieniem zdradziłem obcej cywilizacji jeden z największych sekretów firmy...
Powieszą mnie za to.


Zabójcy magów aż zakręciło się w głowie. Musiał szybko kleknąć, by przypadkiem nie wyrżnąć czołem o posadzkę. Przycisnął dłonie do twarzy.

- Powiedziano mi – wymamrotał zza dłoni, – że rehabilitacja potrwa jeszcze jakiś rok. – Odsłonił twarz. - I prędzej zostałbym bez ręki, niż dał się dotknąć śmierdzącemu czaroklecie.

Przez jakiś czas nie ruszał się. W końcu wstał, chociaż jego twarz nadal była zasępiona i poszarzała.

- Nie możesz już nic wiedzieć, doktorku. I tak w mojej ojczyźnie prawdopodobnie zlikwidują mnie za to, co już zdążyłem ci pokazać, o ile dowiedzą się o tym fakcie – spuścił głowę. – Dupa! Wszystko dupa!

Pochodził chwilę po pomieszczeniu, jakby w ten sposób zbliżał się do rozwiązania problemu.

A jeśli ich magia jest tak samo zacofana, co nauka?

- Doktorze, pierwszy raz, od kiedy mi to przymocowano, mam tak rozległe obrażenia syntetycznej skóry. Obawiam się, że będę musiał zostać tu jakiś czas i zobaczyć, jak ramię będzie reagowało na tradycyjne metody leczenia. Najbardziej boję się całkowitej ekspozycji.
Mam jeszcze jedno pytanie, doktorku: słyszałeś o Imperium, przez niektórych nazywanym, od nazwy stolicy, Arzilią?
Last edited by Sylwav on Mon, 26 Oct 2009, 00:38, edited 2 times in total.
Osobnik wysoki, stosunkowo szczupły, lecz odpowiednio wyrzeźbiony. Włosy smoliście czarne, lekko przysłaniające bladą, gładką twarz. Ciemne oczy o nieco szalonym wyrazie współgrają z ironicznym uśmiechem. Postać ubrana jedynie w skórzaną kurtkę, obcisłe spodnie z tegoż samego materiału oraz wysokie buty, wszystko w kolorze czarnym.

User avatar
Lalaith
Krzykaczka
Posts: 176
Joined: Sat, 26 May 2007, 20:19
Location: z Dalekiej Drogi
Contact:

Post by Lalaith » Thu, 22 Oct 2009, 13:54

Ukołysana spokojnym śpiewem Seleny Lalaith przymknęła oczy i pozwoliła myślom przelewać się swobodnie przez jej głowę. Na żadnej nie zatrzymywała uwagi dłużej, powoli zapadając w sen. Usypiając, szeptała jeszcze słowa modlitwy:

Czy mnie słyszysz, Najłaskawsza?
Czy jesteś, powiedz mi?
Czy w dobroci swej wysłuchasz,
co w mym sercu tkwi?…
O nic nie proszę, któż o to dba,
gdy wokół tak wielu biedniejszych niż ja?
Matko, swym dzieciom daj nadzieję, bo
gdy Ty zawiedziesz, to zbawi ich kto?


Sen zawiódł ją do świętego gaju, w którym stała skromna świątynka jej Bogini, a sama Diyola miała pogodną twarz pomocniczki doktora Tregartha. W srebrnej tafli znajdującego się tam stawu Lalaith zobaczyła całe swoje dotychczasowe życie, takie, jakim było - bez zamazanych, wybielonych przez czas wspomnień.
I choć nadal nie wiedziała, co ją czeka, była pewna, że Droga, którą obrała - choć wcale nie najłatwiejsza z możliwych - była słuszna. W końcu jej celem było nieść Życie... Więc może jej pobyt w szpitalu nie był zupełnie pozbawiony sensu?

Kapłanka spała spokojnym snem osoby, mającej pewność, że każdy dzień wiedzie ją bliżej obranego celu.
Last edited by Lalaith on Mon, 26 Oct 2009, 00:43, edited 1 time in total.
Być beznadziejnie niepewnym i szaleńcem nadziei
~~~~~~~~~~~~
Dziewczyna o delikatnej urodzie; długie rzęsy, bursztynowo zielone oczy. Usta w kolorze płatków maków. Krótko ścięte kręcone włosy w kolorze kasztanowo rudym nadają jej nieco zawadiacki wygląd. 160cm wzrostu i 55kg.

User avatar
Dekares
Posts: 70
Joined: Sun, 16 Dec 2007, 12:03
Location: Konin
Contact:

Post by Dekares » Thu, 22 Oct 2009, 15:41

Dekares był zadowolony, że wielkolud się na niego nie obraził. Skrócenie opowieści pozwoliło im zaoszczędzić sporo czasu i wysiłku, który chłopak musiałby poświecić na zrozumienie swojego rozmówcy.
Kiedy Mirandor skończył, chłopak przez chwile milczał analizując całą opowieść, aby mieć pewność, że wszystko dobrze zrozumiał.

- Dziękuję za opowieść i za radę. Postaram się do niej zastosować.

Doszedł do wniosku, że jego sytuacja zdecydowanie nie przedstawiała się zbyt dobrze. Pieniędzy nie miał zbyt dużo, a jakoś słabo widział swoje szanse na dostanie jakiejś porządnej pracy, nim jego twarz przestanie wyglądać jakby ktoś kilkakrotnie walnął w nią cepem.
A musiał szybko coś znaleźć.

Spojrzał na Mirandora i doszedł do wniosku, że rozwiązanie jego problemów mogło siedzieć tuż obok. Tylko jak tu zacząć?...
W końcu zebrał się na odwagę i zapytał:

- Chciałem spytać, czym zajmuje się Pan w Thoris?
Last edited by Dekares on Mon, 26 Oct 2009, 00:50, edited 1 time in total.
My armor is Contempt
My Shield is Disgust
My sword is Hatred
In the Emperor's name
Let none survive!

User avatar
Mirandor
Posts: 130
Joined: Thu, 23 Aug 2007, 19:49

Post by Mirandor » Thu, 22 Oct 2009, 19:35

Mirandor patrzył w kierunku miejsca, gdzie zniknął Sylwav, zastanawiając się, co się działo z jego kompanem. I po co on sam miał się tam udać - opatrzono go porządnie, to powinno starczyć... No, chyba że ten, do kogo szli, był wielkim szamanem i uzdrowi go od razu.
Wyczekiwał powrotu towarzysza w napięciu, ponieważ chciał wiedzieć, co powinien tam zrobić i jak...

Czy się modlić? Błagać czy składać ofiary? Czy to może zależy od tego, czego zażąda się od szamana?

W końcu myśli skierowały go ku konkluzji, że to mogła być jakaś świątynia, a w środku czekał na niego Dobry Duch. Tyle pytań, żadnych odpowiedzi - jeszcze.

Słowa młodzieńca wyrwały go ponownie z jego ścieżek myślowych, a zaskoczenie faktem, że chłopak mówił do niego, trwało tylko krótką chwilę. Choć na tyle długą, by dało się to zauważyć.

- Pseprasam? Nie rozumiem. Jestem drwalem, jeśli o to pytas - odparł zmieszany, że znów nie pojmuje słów do niego kierowanych. Oczekiwał od rozmówcy wyjaśnienia i uproszczenia wypowiedzi.

Znów spojrzał na drzewa, za którymi przepadł Sylwav.

On zawsze wie co powiedzieć - pomyślał i błagał Duchy, by kompan już wrócił. Na pewno broniłby Mirandora przed dalszą rozmową z młodzieńcem, lub chociaż posiłkował w ciężkich momentach, których, niestety, było wiele.
Last edited by Mirandor on Mon, 26 Oct 2009, 00:58, edited 1 time in total.

User avatar
Dekares
Posts: 70
Joined: Sun, 16 Dec 2007, 12:03
Location: Konin
Contact:

Post by Dekares » Sun, 25 Oct 2009, 21:53

Widząc, że już lepiej się nie dogadają, Dekares zdecydował, że przynajmniej postara się jak najmniej irytować nieznajomego trudnościami w rozmowie. Dlatego szybko przytaknął mężczyźnie na znak, że jego odpowiedź była jak najbardziej zadowalająca:

- Dokładnie o to mi chodziło, Mirandorze. Ja jestem myśliwym... - chłopak przerwał lekko zmieszany. Jak dotąd rozmowa nie sprawiała mu większych trudności, ale teraz czuł, że zbliżał się do bardzo ważnego momentu w konwersacji, i że każde słowo mogło zadecydować, czy Mirandor mu pomoże. Świadomość tego faktu znacznie go zdenerwowała.
W końcu zdecydował, że nie warto bawić się w podchody i lepiej przejść od razu do sedna sprawy:

- Mirandorze, skoro jesteś drwalem, to może wiesz, gdzie ktoś zaznajomiony z lasem mógłby znaleźć jakąś pracę?
Last edited by Dekares on Mon, 26 Oct 2009, 01:11, edited 1 time in total.
My armor is Contempt
My Shield is Disgust
My sword is Hatred
In the Emperor's name
Let none survive!

User avatar
Astarael
Mistrz Gry
Posts: 1146
Joined: Sun, 25 Feb 2007, 00:05
Location: Enki-e Shao'Saye
Contact:

Post by Astarael » Mon, 26 Oct 2009, 01:13

Gwałtowna reakcja Sylwava wyrwała lekarza z euforycznego zachwytu. Mężczyzna opanował się i zastanowił przez chwilę.

- Ta nazwa nic mi nie mówi - powiedział. - Jeśli jednak władze pana ojczyzny tak zazdrośnie strzegą swoich tajemnic, może się okazać, że to jedno z tych wojowniczych państewek za Wschodnim Morzem. Tamte rejony nigdy nie zostały dokładnie zbadane przez naszych podróżników: brakuje map, informacji, najbardziej podstawowej wiedzy. Jestem jednak przekonany, że mógłby pan spróbować zasięgnąć języka na targowisku. Od czasu do czasu pojawia się jakiś kupiec, którego interesy pozwoliły mu na zapuszczenie się w tamte rejony i powrót w dobrym zdrowiu... No, co najwyżej z pewnym rozstrojem układu trawiennego...

Tregarth przez chwilę rozglądał się po zastawionych półkach, jakby czegoś szukał.

- Na tę chwilę jednak powinien się pan skupić na swoich obrażeniach - powiedział wreszcie, sięgając po duży gliniany słój. - Nie jestem pewien, czy szycie załatwi sprawę - mówił dalej. - Tkanki są niezwykle podobne do naturalnych, ale nie jestem w stanie przewidzieć, jak zachowają się w takiej sytuacji. Zważywszy na to, jak gładko rozeszły się po cięciu, boję się, że podobnie mogłyby zareagować na igłę... Myślę, że trzeba będzie zwrócić się w kierunku medycyny bardziej tradycyjnej. Proszę usiąść.

Postawił słój na ławie i przyniósł wysoką butlę wypełnioną złocistym płynem, cienki bandaż i szeroki pas ciemnej tkaniny. Skupiony czekał na zdenerwowanego pacjenta.

- Najpierw proszę się napić - powiedział podając Sylwavowi butlę. Zniewalający słodki zapach uderzał do głowy. Kiedy wojownik pociągnął solidny łyk, Tregarth kazał mu wyprostować ramię.

W skupieniu i ciszy medyk przechylił naczynie nad raną pacjenta i polał ją słodkim trunkiem. Potem dokładnie osuszył dłonie i uchylił pokrywę słoja, z którego żelaznym czerpakiem wyjął miarkę metalicznie połyskujących kulek. Ostrożnie wysypał je na ranę, po czym szybko zaczął wiązać bandaż.
W błyskawicznym tempie opatrunek był gotowy. Medyk starannie owinął ramię Sylwava ciemnym suknem.

- Proszę nie zdejmować opatrunku - upomniał Sylwava surowym tonem, - i starać się go nie zamoczyć. Za dwa - trzy dni sprawdzimy, jak goi się pańskie niezwykłe ramię.

Odetchnął głęboko i poważnie popatrzył w oczy pacjenta.

- Z medycznego punktu widzenia, jedynym powodem, dla którego chciałbym zatrzymać pana w szpitalu, jest fenomen chirurgiczny, który został na panu przeprowadzony.
Rana na nodze będzie się dobrze goić, jeśli nie zamierza pan podejmować forsownej aktywności fizycznej. Stan pańskiego ramienia... - przymknął oczy, - wykracza dalece poza moją wiedzę medyczną, nie wspominając o inżynieryjnej...
Ma pan zatem dwa wyjścia, jeśli zamierza pan zatrzymać się na dłużej w Thoris. Może pan zamieszkać gdziekolwiek pan sobie życzy i stawiać się na konsultacje; albo może pan zostać tutaj i umożliwić mi stały nadzór nad procesem ozdrowieńczym.
To już jednak pana decyzja. Technicznie mówiąc: jest pan zdrowy i może pan iść do domu.

Lekarz skończył po raz kolejny myć ręce i usiadł za biurkiem.
* * * - Proszę wstać, - cichy głos skłonił kobietę do otwarcia oczu.

Przy łóżku stał pucołowaty młodzieniec o sympatycznej twarzy. Wokół niego unosił się smakowity zapach gotowanego mięsa.
Lalaith rozejrzała się szybko, starając się pozbyć resztek miłego snu. Skrzywiła się, gdy zesztywniałe mięśnie zaprotestowały boleśnie wobec gwałtowności ruchu.

- Zaleceniem doktora Tregartha ma się pani solidnie odżywiać - chłopak uśmiechnął się i sięgnął do stojącego obok stolika na kółkach.
Wypełnił miskę złocistobrązowym gulaszem i podał ją wciąż oszołomionej Lalaith.

- Nasza kucharka piecze najlepszy chleb w mieście - mówił dalej młodzieniec, podając pacjentce trzy grube pajdy, - a pewnie i w całym Imperium. Na takim wikcie raz - dwa wróci pani do zdrowia - zapewnił.

Kapłanka patrzyła niepewnie na pyszny posiłek. Nie wiedziała, czy da radę... na szczęście jej żołądek wiedział lepiej i przypomniał donośnie o swoich potrzebach. Kobieta poczuła, że jej twarz zaczęła płonąć z zawstydzenia.
Chłopak wybuchnął śmiechem, po czym zmieszał się.

- Nie ma się czego wstydzić - powiedział szybko. - Każdy tak reaguje na dania pani Whitlow. To sroga dama i surowa jak demony, ale gotuje jak anioł...
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.

User avatar
Mirandor
Posts: 130
Joined: Thu, 23 Aug 2007, 19:49

Post by Mirandor » Mon, 26 Oct 2009, 10:49

Mirandor poczuł ulgę, że dobrze zinterpretował słowa rozmówcy. Pozwolił sobie nawet na uśmiech - prawie niewidoczny spod gęstej brody.

- Nie wiem - odparł krótko. - Nie jestem stąd. Nie znam się na tym. - Zza pasa wyjął sakiewkę, którą dostał od Konrada. - Ponoć to jest tu ważne i z tym da się wiele zrobić - rozwiązał sakwę i pokazał brzęczącą zawartość. - U mnie wsystko jest łatwiejse. I pracy sukałem pod lasem u innych drwali. Prychodziłem i mówiłem, że będę pracował za jedzenie. Zawse chętnie brali mnie do pomocy.

Po chwili wziął głębszy oddech i uświadomił sobie, że to nie było to, o co dokładnie pytał go młodzieniec. Zrobiło mu się nieco głupio.

- Nie wiem, jak ci pomóc zdobyć takie recy - potrząsnął sakwą, która wydała kuszący dźwięk niespełnionego bogactwa. - Możes też iść i pytać innych.

Znów spojrzał w kierunku, w którym poszedł Sylwav. Nie było go dostatecznie długo, by Mirandor zaczął się niepokoić, chociaż sam nie wiedział dokładnie czemu. Z powodu Sylwava - bo nie wiedział, co się z nim działo; czy może dlatego, że sam miał się tam zaraz udać?
Wiedział na pewno, że do tej rozmowy przydałby mu się jego kompan, by pocieszyć tego młodzieńca.
Last edited by Mirandor on Tue, 27 Oct 2009, 04:36, edited 1 time in total.
Cierpienie to nadzieja. Nadzieja to krew. Krew to życie. Słowa we krwi. Myśli we krwi. Marzenia we krwi.

A cel wciąż uświęca środki Szaleńcom od lat
To MY karmimy ich milczeniem.
Milczenie to TAK.

User avatar
Lalaith
Krzykaczka
Posts: 176
Joined: Sat, 26 May 2007, 20:19
Location: z Dalekiej Drogi
Contact:

Post by Lalaith » Mon, 26 Oct 2009, 18:19

Mimo donośnego burczenia żołądka, Lalaith miała wrażenie, że po takiej ilości jedzenia nawet barbarzyńca byłby syty, a co dopiero ona... Miała też cichą nadzieję, że ów młodzian nie miał za zadanie pilnować, czy zje wszystko. Rozejrzawszy się po sali stwierdziła, że nigdzie nie było widać Seleny.

Nawet przy łóżku tego chłopaka, przy którym zatrzymała się poprzednio…

- Dziękuję za troskę – uśmiechnęła się z wdzięcznością.

Od kiedy tu przybyła, zdążyła się wykąpać, zdrzemnąć, zjeść obiad jakiego nie powstydziłaby się szlachecka kuchnia, i znów zasnąć. Czuła się o niebo lepiej. Mimo wszystko bardzo żałowała, że tym razem to nie Selena przyszła dopilnować „rygorystycznej kuracji” – zdążyła się już przyzwyczaić do kojącej obecności tej młodej dziewczyny.

- Przepraszam, panie…? Hm, nie znam nawet pańskiego imienia. Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale chciałam tylko jeszcze zapytać o Selenę. Odkąd tu przybyłam, to ona się mną zajmowała… Poza tym prosiłam ją o pewną przysługę...

- Na imię mam Daniel, - powiedział chłopak. Wyglądał na bardzo sympatycznego - szczere niebieskie oczy i rumiana twarz przywodziły na myśl syna piekarza albo cukiernika. - Dzisiejszej nocy to ja będę czuwał nad chorymi. Selena skończyła dzisiejszą zmianę i poszła do domu.

Odruchowo otarł dłonie o swoją szatę.

- Wróci tu jutro rano, tuż przed porą śniadaniową - kontynuował spokojnie. - Jeśli ta przysługa jest pilniejsza, być może ja mogę pomóc?

- Hm, to bardzo zależy od punktu widzenia. Z mojego chyba jest dość pilna - powiedziała, ujmując w szczupłe palce pukiel splątanych, sklejonych żywicą włosów. - Po prostu obawiam się, że do rana ten stan ulegnie tylko pogorszeniu. A Selena wspominała o Mistrzu Vardalienie, który podobno mógłby pomóc w usunięciu tego. Jeżeli będzie mógł mi pan pomóc, będę bardzo wdzięczna. Ach, i proszę mi wybaczyć - wyciągnęła dłoń w stronę Daniela. - Na imię mi Lalaith. Najbardziej problematyczna pacjentka tutejszego medyka - dodała po chwili, śmiejąc się pogodnie.

- Ale stary Vardalien nie jest fryzjerem! - zaśmiał się nagle młodzieniec, spojrzawszy pobieżnie na włosy kobiety. - Nie bardzo wiem, jak mógłby pomóc...

Oczy Lalaith rozszerzyły się, zmieniając się momentalnie w dwa wielkie bezdenne jeziora zdziwienia. Chwilę później dziewczyna krztusiła się od powstrzymywanego śmiechu, ocierając wierzchem dłoni łzawiące oczy.

- Wiem, wiem... O, Matko Diyolo... Wiem! Jednak jest pewnie jakimś alchemikiem albo aptekarzem, prawda? Selena miała raczej na myśli rozpuszczenie żywicy, niż upiększanie mnie - tak przynajmniej sądzę...

- Niezupełnie, - powiedział Daniel uśmiechając się porozumiewawczo. - Nie jest jakimś tam aptekarzem, tylko prawdopodobnie najlepszym zielarzem w całym Windsaw. Mówią też, że zajmuje się magią... - szepnął i mrugnął. - Myślę, że nic, co jest związane z roślinami, nie jest mu obce.

Przez chwilę Lalaith zastanawiała się, czy te mrugnięcia nie były tylko tikiem nerwowym. Wyglądały osobliwie w twarzy przywodzącej na myśl rumiane jabłuszko albo cherubinka. Chłopak był przemiły i chyba trochę gadatliwy, co dobrze wróżyło dalszej rozmowie.

- Nie jestem może kwiatkiem - mrugnęła porozumiewawczo, - ale sądzę, że mną tez mógłby się zająć i pomóc. Jest zielarzem? To zupełnie jak ja... Chociaż - na pewno wie o wiele więcej, niż którakolwiek z moich opiekunek w świątyni Diyoli... Szczerze mówiąc, bardzo chętnie bym go poznała. Nawet jeśli oprócz magii ma inne dziwne pasje, na przykład hoduje dwugłowe smoki... Sądzisz... Przepraszam, sądzi pan, że mógłby mi pomóc jeszcze dziś?

- Eee... - twarz Daniela poszarzała, a jego dobry humor wyparował nagle. - Myślę, że najlepiej będzie, jeśli kontaktować się z nim pani będzie za pośrednictwem Ga... Seleny...
Mistrz Vardalien nie jest... emm... zasadniczo... on nie... - jąkał się straszliwie, a na jego czole pojawiły się krople potu. - Nie pracuje w szpitalu! - wykrztusił wreszcie z ulgą. - A mieszka dość daleko, więc... chyba dziś... nic z tego nie będzie...

Dziewczyna nie bardzo wiedziała, co tak gwałtownie zmieniło humor Daniela. Miała jednak wrażenie, że chłopak zwyczajnie czegoś się bał.

- Proszę nie czuć się urażonym, ale czy Mistrz Vardalien jest aż taki straszny? Albo niemiły? Wygląda pan jak ktoś, kto właśnie zobaczył zjawę, Danielu. Czy wszystko w porządku? Proszę usiąść, i porozmawiać ze mną jeszcze chwilę - Lalaith wskazała mężczyźnie miejsce na sąsiednim łóżku.

- Straszny?... Ależ skąd!... - chłopak uśmiechnął się szybko. - To bardzo... on jest... bardzo stary... i pewnie... bez wątpienia jest... mądry też... - chłopak szukał słów. - Ale nie... niekoniecznie... chyba nie lubi... gości.

Nie skorzystał z zaproszenia kobiety, za to złapał za krawędź swego wózka.

- Myślę, że Selena lepiej wyjaśni pani jego... przyzwyczajenia... Muszę wracać do pracy - raz jeszcze uśmiechnął się szeroko - tym razem nieco przepraszająco. - Jak pani skończy, proszę zostawić miskę na wolnym łóżku. Zbiorę później.

- Bardzo dziękuję. I proszę się na mnie nie gniewać. - szepnęła przepraszająco. - W zasadzie nic nie wiem o Thoris ani jego okolicach. A raczej: to co wiem, nie jest zbyt miłe - powiedziała, obrzucając znaczącym spojrzeniem czysty opatrunek na ramieniu. - Po prostu miałam nadzieję dowiedzieć się jak najwięcej, póki mogę to robić rozmawiając, a nie narażając się na kolejne doświadczenia empiryczne. Innymi słowy: mam dość zbierania sińców z powodu braku wiedzy... A co do waszego słynnego zielarza - po prostu chciałam oszczędzić Selenie pracy jutro rano. Miałam nadzieję, że sama uporam się z żywicą. W każdym razie dziękuję. Nie powinnam pana dłużej zatrzymywać...

Chłopak skinął głową, po czym szybko rozdał posiłek pozostałym chorym i wyszedł z sali.
Lalaith postanowiła uporać się z kolacją i nie zajmować swoją obecnością nikogo więcej. Nastrój miłej rozmowy prysł, a z nim część dobrego humoru dziewczyny. Sięgnęła po pozostawioną jej miskę z aromatycznym gulaszem i świeży chleb. O ile serwowane jej dania były częścią kuracji, to chyba powinna zażywać takich medykamentów do końca życia, jako że były wyborne. Choć porcja wydawała się ogromna, zniknęła w okamgnieniu - nadwątlony organizm dopominał się swoich praw.

Lalaith odstawiła pustą miskę na łóżko obok, raz jeszcze przeczesała włosy, owinęła się szczelniej szlafrokiem i ruszyła w stronę wyjścia z sali chorych. Postanowiła zwiedzić okolicę, zwłaszcza z braku innego zajęcia. Chłód posadzki pod bosymi stopami rozbudził dziewczynę niemal zupełnie.

Trzeba się tu nieco rozejrzeć, zanim zgniję od tego lenistwa... – pomyślała, uchylając drzwi.
Last edited by Lalaith on Tue, 27 Oct 2009, 04:58, edited 1 time in total.
Być beznadziejnie niepewnym i szaleńcem nadziei
~~~~~~~~~~~~
Dziewczyna o delikatnej urodzie; długie rzęsy, bursztynowo zielone oczy. Usta w kolorze płatków maków. Krótko ścięte kręcone włosy w kolorze kasztanowo rudym nadają jej nieco zawadiacki wygląd. 160cm wzrostu i 55kg.

User avatar
Sylwav
Posts: 123
Joined: Mon, 10 Sep 2007, 22:11
Contact:

Post by Sylwav » Mon, 26 Oct 2009, 22:36

Arzilia nic mu nie mówi. Cholerne centrum wszystkiego, do czego doszła istota ludzka, to dla niego puste słowo!
Muszę zapamiętać ten pieprzony dzień! Za każdym razem, gdy wpadnę w szambo po uszy i stwierdzę, że już gorzej być nie może, przypomnę sobie chwile spędzone w tym miejscu. I bankowo poczuję się lepiej.


Chęć uchlania się do nieprzytomności i zapomnienia ostatnich kilkunastu godzin została odsunięta w czasie po wzmiance na temat „państewek za Wschodnim Morzem”.

Kupcy! Na tych grubasów i dusigroszy zawsze można liczyć. Nie możesz iść do jajogłowego, idź do kupca.
Chwila, czy ten gość powiedział „państewek”?


Wojownik czuł, jak wraca mu humor - częsty objaw, zwykle występujący po podrzuceniu mu nikłej nadziei w chwili, gdy całkowicie ją utracił. Lekka euforia byłaby słowem, a właściwie dwoma, całkiem na miejscu.

- Oho, dzięki, doktorku – wyszczerzył się, gdy podano mu butlę złocistego płynu. – Tego mi właśnie było trzeba – pociągnął solidny łyk, po czym zamlaskał parę razy w nadziei, że pozna smak.

Obserwował przez jakiś czas dłonie Tregartha, po czym, z braku lepszego zajęcia, przeniósł wzrok na butle wypełnione Bóg jeden wie czym.
Wysłuchał diagnozy doktorka i spojrzał w sufit, co w jego przypadku oznaczało głębokie zamyślenie. Ruch brwi i gałek ocznych wskazywał na próbę konsultacji z kimś, kogo najwyraźniej dostrzegał tylko Sylwav.

- Miałbym zrezygnować z darmowego żarcia i noclegu? – spojrzał rozbawiony na doktorka. – Nie wspominając o miłym towarzystwie... – mrugnął. – Zostanę. W końcu nie ma nic lepszego od lekarza pod ręką – klepnął się lekko po udach na znak, że zarówno rozmowa, jak i wizyta miały się ku końcowi. – Dzięki za wszystko, doktorku. Odwiedź mnie tam, gdziekolwiek teraz idę, żeby się położyć. I pomyśleć. Zapewne mogę tutaj liczyć na jakąś herbatkę z ziółek?

Wyszedł tą samą drogą, którą wszedł do gabinetu, by znaleźć się w ogrodzie i zastać czekającego tam Mira.

- Powodzenia, wielkoludzie, – powiedział mijając go. - Pamiętaj, jeśli doktor każe ci zdjąć spodnie, to nie dlatego, że brakuje mu towarzystwa.
Gdzie ja tu znajdę jakieś wyrko?! - krzyknął w bliżej nieokreślonym kierunku.
Last edited by Sylwav on Tue, 27 Oct 2009, 05:05, edited 2 times in total.
Osobnik wysoki, stosunkowo szczupły, lecz odpowiednio wyrzeźbiony. Włosy smoliście czarne, lekko przysłaniające bladą, gładką twarz. Ciemne oczy o nieco szalonym wyrazie współgrają z ironicznym uśmiechem. Postać ubrana jedynie w skórzaną kurtkę, obcisłe spodnie z tegoż samego materiału oraz wysokie buty, wszystko w kolorze czarnym.

User avatar
Astarael
Mistrz Gry
Posts: 1146
Joined: Sun, 25 Feb 2007, 00:05
Location: Enki-e Shao'Saye
Contact:

Post by Astarael » Tue, 27 Oct 2009, 05:05

Szła powoli przez salę wypełnioną pustymi łóżkami.
Na jednym z nich zauważyła kartkę papieru, na której czyjaś dłoń nakreśliła gęsty las i przemykającą między drzewami kobietę. Przed oczami stanęły jej wydarzenia minionej doby - gąszcz pni, kolczaste zarośla, ucisk w płucach.

Czyżby...?
Nie, to niemożliwe...


Szybko ruszyła dalej starając się uspokoić rozkołatane serce.

Chwilę później znalazła się w korytarzu, który z obu stron zamykały wysokie drewniane drzwi. Odruchowo skręciła w lewo, po czym otworzyła drzwi.
To miejsce musiało być oficjalną salą szpitala - w jednej ze ścian widniały potężne dwuskrzydłowe wrota, a na przeciwległą wspinały się szerokie schody o kamiennych poręczach. Poza przejściem, którym się tutaj dostała, naprzeciwko dostrzegła jeszcze dwoje drzwi.
Przechodząc przez pomieszczenie, przyglądała się starannie wypolerowanej posadzce, prostocie balustrad i wysoko sklepionemu sufitowi, który ginął w cieniu. Przypomniała sobie skromną salę lazaretu w świątyni Diyoli - drewniane łóżka, bielone ściany, uszczelniane co zimę okna. Nawet sanktuarium Bogini nie mogło równać się z tą obszerną komnatą, która - choć pozbawiona ozdób - zaparła dech w piersiach prowincjonalnej kapłance. Przez chwilę zawahała się, które drzwi wybrać. Doszła do wniosku, że lepiej wybierać wciąż ten sam kierunek, by nie zgubić się w nieznanym budynku. Popchnęła lewe drzwi.
Krótkie przejście doprowadziło ją do kolejnej dużej sali, w której stały trzy drewniane balie, a na rozwieszonych pomiędzy kolumnami sznurach suszyło się pranie.
Zaczęła żałować, że nie ubrała chodaków, które dostała po kąpieli. Kamienna posadzka była zimna, a kobieta miała na sobie jedynie płaszcz kąpielowy. Zadrżała.
Wyszła przez zwieńczony łukiem portal. Po chwili poczuła powiew wiatru w korytarzu. Za otwartymi drzwiami widać było ciemne pnie drzew.

Zapadał wieczór. Światło słońca było coraz bardziej rozproszone, a niebo przybierało coraz ciemniejszy odcień błękitu. Wydłużone cienie zamazywały kontury przedmiotów i roślin.
Tutaj tez panowała cisza.
Słysząc szmer wody, dziewczyna ruszyła w kierunku, w którym powinna znajdować się sadzawka i - jak pamiętała - ławka.

Okazało się, że nie tylko ona wyszła w poszukiwaniu wytchnienia.
Na kamiennej ławce siedział wpatrzony w taflę wody mężczyzna. Bandaż na głowie wskazywał wyraźnie, że nieznajomy musiał być pacjentem doktora Tregartha. Przystojna gładko ogolona twarz nie zdradzała wieku.
Mężczyzna siedział wygodne oparty, z rękami skrzyzowanymi na piersi. Rozchylona koszula odsłaniała bogactwo tatuaży na klatce piersiowej - wzór znikał pod tkaniną, by pojawić się znów na lewym przedramieniu. Nogawki ciemnych spodni niknęły w wysokich, nieco podniszczonych butach.

Zapraszam do OGRODU. A.
* * * Doktor Tregarth patrzył w osłupieniu na prawie wybiegającego z gabinetu Sylwava. Nawet jeśli medyk miał ochotę jeszcze coś powiedzieć, niezwykły mężczyzna nie dał mu na to szansy.
I zostawił otwarte drzwi.

Zabójca magów wkroczył do ogrodu nonszalanckim krokiem, z wysoko uniesiona głową. Kiedy krzyknął do - niewidocznego w tej chwili - personelu szpitala, spojrzał ponownie na swego brodatego towarzysza i siedzącego obok chłopaka. Napotkał dwie pary otwartych szeroko oczu.
* * * Ku ogromnej uldze Mirandora, pomiędzy drzewami pojawił się wreszcie Sylwav. Radość z ujrzenia kompana szybko zastąpiona została przez obezwładniające poczucie zaskoczenia i... przerażenia.
Szczupły wojownik szedł ścieżką uśmiechnięty, pewny siebie i... nagi jak niemowlę. Jedynie ciemny opatrunek na ramieniu odcinał się wyraźnie od jasnej skóry.

Skupiony na swych problemach Dekares spojrzał ku nadchodzącemu mężczyźnie i zamarł.
Zdążył już zdać sobie sprawę, że maniery Sylwava odległe były od tego, czego nauczyli chłopaka rodzice; nie potrafił jednak uwierzyć, że ktoś mógł być na tyle bezczelny, by przechadzać się nago po... miejscu publicznym? To jakby wyjść bez ubrania na środek rynku w dzień targowy!
Tymczasem arogancki podróżnik zdawał się nic sobie nie robić z faktu, że w miejscu, w którym bywały kobiety, maszerował dumny jak paw, wymachując swoim... atrybutem...
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.

User avatar
Mirandor
Posts: 130
Joined: Thu, 23 Aug 2007, 19:49

Post by Mirandor » Tue, 27 Oct 2009, 21:23

Długo myślał nad swoją reakcją. Ciężko było nawet mu określić uczucia, jakie teraz odczuwał. W końcu postanowił się odezwać - najbardziej obojętnie jak mógł.

- Nie jest ci zimno, Sylwavie? - powiedział patrząc już teraz w trawnik, gdzieś na bok.

Taki rozwój wydarzeń wytrącił go z równowagi. Chciał spytać Sylwava o tak wiele, i chciał uzyskać tak wiele odpowiedzi. Ale coś mu mówiło, że to nie był właściwy moment na rozmowę. Podrapał się po głowie i ruszył do kompana.

- Idę do samana - zamilkł i spojrzał w twarz wojownika. - Chyba tam trafię sam.

Skierował swe kroki w kierunku, z którego przybył Sylwav i liczył na to, że łatwo odnajdzie miejsce, do którego miał się udać. Lub że ktoś miły na tyle, by nie zadawać pytań, wskaże mu drogę...
Last edited by Mirandor on Mon, 2 Nov 2009, 14:13, edited 1 time in total.
Cierpienie to nadzieja. Nadzieja to krew. Krew to życie. Słowa we krwi. Myśli we krwi. Marzenia we krwi.

A cel wciąż uświęca środki Szaleńcom od lat
To MY karmimy ich milczeniem.
Milczenie to TAK.

User avatar
Dekares
Posts: 70
Joined: Sun, 16 Dec 2007, 12:03
Location: Konin
Contact:

Post by Dekares » Fri, 30 Oct 2009, 16:19

Dekares był zawiedziony słowami Mirandora, jednak starał się nie dać tego po sobie poznać. Nie potrafił także zaprzeczyć, że fascynował go ten dziwny wielkolud, który ledwo rozumiał jego mowę i nie wiedział - o ile Dekares dobrze go zrozumiał - do czego służyły pieniądze.

- Myślałem że mieszkasz w Thoris albo okolicy Mirandorze, w sumie nic straconego... - w tym momencie chłopak usłyszał Sylwava wracającego od doktora.

Widok nagiego mężczyzny wprawił go z początku w zaskoczenie i zakłopotanie. Jednak już po chwili nie mógł powstrzymać rozbawienia, spotęgowanego komentarzem Miarandora, który był tak śmieszny, że chłopak (gdyby stał) z pewnością padłby na ziemię. W końcu Dekares zdecydował się odgryźć za wcześniejsze "pouczenia" Sylwava:

- Już mówiłeś Sylwavie, że śpieszno ci do dziewek się dobierać, ale nie sądziłem, że zew chędożenia tak cię wzywa, że już nawet nie możesz wytrzymać w ubraniu - powiedział rozbawiony do łez.
Last edited by Dekares on Mon, 2 Nov 2009, 14:22, edited 1 time in total.
My armor is Contempt
My Shield is Disgust
My sword is Hatred
In the Emperor's name
Let none survive!

User avatar
Sylwav
Posts: 123
Joined: Mon, 10 Sep 2007, 22:11
Contact:

Post by Sylwav » Sat, 31 Oct 2009, 14:02

Poziom jego zadowolenia z życia można było określić jako stosunkowo wysoki. Cel, który zamierzał osiągnąć, nie uwzględniał konieczności współpracy z magiem, a to już coś. Fakt, grupa zawodowa, z którą miał mieć teraz do czynienia, to gnidy nie liczące się z interesem nikogo, no, chyba że liczenie to miało na samym końcu doprowadzić do ich zysku...

... ale kupcy nigdy nie skazali mnie na błąkanie się po nieznanym terenie i zachodzenie w głowę, czy mój dom i rodzina nie są już tylko pustymi słowami i miłymi wspomnieniami.

Szedł pogrążony w rozmyślaniach o sprawach najistotniejszych do tego stopnia, że chłód nawiedzający krocze poczuł dopiero po dojściu do ogrodu.
Zamarł, po czym powoli zamknął oczy.

Niezliczone ilości razy, jeszcze będąc rezydentem placówki firmy, wychodząc od lekarza nie zawracał sobie głowy takimi bzdetami, jak nałożenie odzieży wierzchniej. Twierdził, że wymyślić ubranie mógł tylko jakiś palant mający kompleksy na punkcie własnego przyrodzenia. Toteż, dając upust swoim przekonaniom, spacerował w negliżu, mijając ludzi, którzy nie tylko byli wyłącznie mężczyznami, ale na dodatek znali wojownika doskonale, toteż się przyzwyczaili. Sylwav, będąc tym, kim był, i tak musiał pokazywać się wyjątkowo często w takim stanie, w jakim został stworzony.

Ty pieprzony idioto... kobiety!!!

Gwałtownie uchylił powieki, by następnie szybkimi ruchami głowy dokonać najdokładniejszego w życiu badania okolicy.
Odetchnął z ulgą.

- Dzięki niebiosom, sami swoi! – starł nieistniejący pot z czoła.

Zgodne z logiką stwierdzenie Mirandora nawet rozbawiło zabójcę magów.

- Trochę jest, Mir – uśmiechnął się po nosem. - I nie zachowuj się, jakbyś nigdy w życiu nie widział penisa. Niby jesteś już duży chłop, a tak łatwo cię skonfundować?

Później oczywiście swoje musiał dorzucić Dekares.

- Czy ty w swoim krótkim życiu rozbawiłeś kogokolwiek poza sobą, Deki? – Stał z uśmiechem sugerującym troskę o stan psychiczny rozmówcy. – A zewem i jego wezwaniami to się za bardzo nie przejmuj. Znam cię krótko, ale wystarczająco, by stwierdzić, że ty już raczej podniecenia w życiu nie poczujesz. Fakt, że mógłbyś się z kimkolwiek parzyć, jest tak samo pozbawiony sensu, jak obecność fallusa u najwyższego kapłana. Ten drugi nie może, a ty nie wiesz jak.
Miłej nocy życzę, i pozdrów ode mnie własną dłoń – pomachał mu na do widzenia, po czym skierował się w stronę Mirandora. – Chodź, wielkoludzie. Zaprowadzę cię, a sam się przy okazji w coś ubiorę.
Last edited by Sylwav on Mon, 2 Nov 2009, 14:31, edited 4 times in total.
Osobnik wysoki, stosunkowo szczupły, lecz odpowiednio wyrzeźbiony. Włosy smoliście czarne, lekko przysłaniające bladą, gładką twarz. Ciemne oczy o nieco szalonym wyrazie współgrają z ironicznym uśmiechem. Postać ubrana jedynie w skórzaną kurtkę, obcisłe spodnie z tegoż samego materiału oraz wysokie buty, wszystko w kolorze czarnym.

User avatar
Mirandor
Posts: 130
Joined: Thu, 23 Aug 2007, 19:49

Post by Mirandor » Sat, 31 Oct 2009, 15:02

- Nie, młodzieńce, nie mieskam w Thoris, mieskam daleko stąd - odparł na nie do końca zrozumiałe słowa Dekaresa. - Bardzo, bardzo daleko - dodał jeszcze, po czym, słysząc słowa Sylwava, stanął, lecz nie obrócił się. Czekał patrząc na framugę drzwi, jakby tam szukał wy0bawienia.

- Dobrze, Sylwavie, pocekam na ciebie. Ale cym jest penys, ja nie wiem, ale chyba wiem, o co chodzi. - Odwrócił się i uśmiechnął. - Jakbyś tak wysedł u mnie na dwór, sybko by ci jajka zmarzły, wies? Ale tak porądnie! Radki to widok dla mnie. Ale macie inną kurturę - wysilił się, - może u was tak można.

Gestem ponaglił Sylwava.

- Chodź w końcu.
Last edited by Mirandor on Mon, 2 Nov 2009, 14:39, edited 1 time in total.
Cierpienie to nadzieja. Nadzieja to krew. Krew to życie. Słowa we krwi. Myśli we krwi. Marzenia we krwi.

A cel wciąż uświęca środki Szaleńcom od lat
To MY karmimy ich milczeniem.
Milczenie to TAK.

User avatar
Astarael
Mistrz Gry
Posts: 1146
Joined: Sun, 25 Feb 2007, 00:05
Location: Enki-e Shao'Saye
Contact:

Post by Astarael » Tue, 3 Nov 2009, 23:13

- Panowie! - zabrzmiało nagle w ogrodzie. - Cóż się tutaj, na wszelkich bogów, dzieje?

Spojrzenia wszystkich trzech mężczyzn skierowały się ku stojącemu nieopodal Adrianowi. Ramiona skrzyżował na szerokiej piersi, a na jego twarzy malował się wyraz zaskoczenia i dezaprobaty.

- To jest szpital – huczał dalej donośnie, - a nie jarmark! Ani łaźnia – dodał patrząc z irytacją na Sylwava. - Jeśli macie ochotę na bieganie nago i obrażanie się, to bardzo proszę, tam jest brama – wykonał zamaszysty gest ręką. - Ciekaw jestem w jakim tempie wylądujecie w ciemnicy!

Szybko szedł w kierunku nagiego wojownika i jego towarzysza.

- Proszę natychmiast wrócić po swój strój i założyć go na siebie! - Szybko obrócił zaskoczonego mężczyznę w stronę korytarza prowadzącego do gabinetu medyka, po czym popchnął go, by ruszał. - Pan, zdaje się, jest kolejny do doktora, - powiedział chwytając ramię Mirandora, - więc proszę ruszać za kolegą. Dość już awantur na dzisiaj!

Poganiani przez rosłego młodzieńca podróżnicy bez słowa sprzeciwu weszli w chłód pomiędzy drzewami i ruszyli do medyka.
Adrian odwrócił się jeszcze ku zaciskającemu dłonie na rękojeści miecza Dekaresowi.

- A pan, zdaje się, ma już wizytę za sobą – powiedział chłodno. - Jestem przekonany, że znajdzie pan lepsze miejsce do wszczynania awantur niż szpitalny ogród. Znajdzie pan drogę do wyjścia.

Plecy Adriana zniknęły w cieniu drzew.

Dekares poczuł ból w kurczowo zaciśniętych pięściach – rękojeść mocno wbiła mu się w dłoń. Być może nie cała wypowiedź tego nadętego nagiego idioty była dla niego zrozumiała, ale zdawał sobie sprawę, że właśnie poważnie go obrażono. Fala bezsilnej wściekłości zalała go całego. Miał ochotę wbić miecz w ciało aroganckiego prostaka, uderzyć go, wykrzyczeć prosto w jego parszywy pysk wszystko to, czego najwyraźniej dotychczas go nie nauczono.
Ale nie mógł.
Poczuł gorące łzy napływające mu do oczu i palące jak wstyd.
Szybko chwycił swój skromy dobytek i wybiegł przez kamienny korytarz na zalany popołudniowym słońcem plac.

Jeszcze się spotkamy, psie, – pomyślał. - Ale wtedy inaczej będziesz śpiewał.

Zapraszam na ULICE THORIS. A.
* * * Tregarth podniósł wzrok na wchodzących mężczyzn.

- Już myślałem, że przez pomyłkę pomyślał pan, że jednym z moich zadań jest dbanie o czystość garderoby pacjentów – powiedział spokojnie do Sylvawa. - Otóż, proszę sobie wyobrazić, że nie jest.
Bardzo proszę ubrać się przynajmniej na czas drogi do łaźni; nie chciałbym narażać na szwank nerwów zatrudnionych tu kobiet. Adrian zaprowadzi pana i pomoże się umyć. Proszę nie zapominać, że nie należy moczyć opatrunku na ramieniu. Potem zostanie pan zaprowadzony do pokoju i nakarmiony. Proszę skorzystać także z dobrodziejstwa snu – on bywa najdoskonalszym lekarzem. Nie tylko dla ciała.
Adrianie, – zwrócił się do pomocnika, - proszę umieścić pana...? Ach, prawda, nie przedstawił się pan. Gdyby był pan łaskaw podać mi swe nazwisko i... wiek – zawahał się jedynie przez chwilę. - Miejsce pochodzenia już ustaliliśmy...

- Wybacz, doktorku. Czasami wszystko mi się tam na górze miesza - pokręcił palcem przy skroni, jakby chciał pokazać, że jest niespełna rozumu. - He he, odruchy bezwarunkowe, te sprawy... ekhm. O, moje ciuchy, tak ładnie się do mnie uśmiechają, że chyba się w nie ubiorę - poszedł energicznym krokiem w stronę swojej odzieży; przede wszystkim spodni. - Nie bój się, doktorku, żadnych przedstawicielek płci pięknej po drodze nie napotkałem - mrugnął. - Ach, imię - palnął się w czoło. - Niewychowany ze mnie wsiok, wybacz. Sylwav, S-Y-L-W-A-V. Sylwav. Jestem zdrowym, dwudziestoletnim hulaką.

Lekarz pokiwał głową i zapisał dane na leżącym przed nim arkuszu papieru.

- Adrianie, - powiedział nie odrywając wzroku od karty, - pomóż panu Sylwavowi nie zamoczyć bandaża, nakarm go i połóż spać w trójce. Nie chciałbym, żeby mu przeszkadzano w odpoczynku – dodał jeszcze.

- Oczywiście, panie doktorze, - odparł młodzian w sukience, po czym wskazał drzwi wojownikowi i wyszedł zaraz za nim.

Mirandor popatrzył tęsknie za towarzyszem, po czym spojrzał ponownie na tajemniczego szamana. Napotkał uważne spojrzenie jasnych oczu skrytych za dwoma kawałkami czegoś, co wyglądało jak wypolerowany lód lub kryształ górski. Mężczyzna był szczupły i poważny. Siedział przy dużym stole, na którym zamiast mis z mięsiwem i chlebem, walały się pergaminy.

- Dzień dobry – medyk zaskrzeczał jak głuszec w porze roztopów. - Nazywam się Simon Tregarth. Z jakim problemem pan do mnie przychodzi? Jak mogę panu pomóc?
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.

User avatar
Mirandor
Posts: 130
Joined: Thu, 23 Aug 2007, 19:49

Post by Mirandor » Wed, 4 Nov 2009, 09:36

- Dzieńdobrysanownypanie - rzekł niczym niegrzeczny chłopiec do rodzica. - Jestem Mirandor, myśliwy, prysedłem tutaj z Sylwavem - spojrzał tęsknie na drzwi, - i on mówił, że jesteś panie wielkim Samanem....

Podszedł i padł na kolana przed biurkiem.

- Dawno temu, dawno - rozpoczął drżącym głosem jakby był na łożu śmierci i zdradzał tajemnice swego żywota, - kiedy z Sylwavem byłem w lesie, daleko, oni posli na cmentar i oni robili tam... - Zastanowił się. - Nie wiem, co robili tam, ale ja nie chciałem, cekałem w lesie, ale kara i mnie spotkała za to, że im pozwoliłem.

Wstał i wskazał bok.

- Zły Duch prysedł i mnie chciał zabić, a ducha zabrać do Dolnego Świata, ale nie dałem się, ale on mnie zranił mocno tutaj - dłonią udającą szpony rwące mu bok zademonstrował, co go spotkało. - O, i jesce w paru miejscach poranił. Rana się goi Samanie, bo jak padłem ranny na trawę, to prysedł do mnie Dobry Duch i mnie opatrył i cuję się chyba dobre, ale boję się, że Zły Duch wróci i mnie znów zaatakuje i zabiere do Dolnego Świata. Samanie, pomożes mi? Zobacys moją ranę i odgonis Ducha?

Zakończył tyradę i patrzył w oczy Medyka. Może z powodu dziwnych kółek na nosie mu się tak przyglądał?

Tregarth patrzył na pacjenta z kamiennym spokojem. Powoli wstał i umył dłonie w misce stojącej na uboczu.

- Proszę się rozebrać, - powiedział po chwili milczenia. - Pański strój zdecydowanie nie przystaje do panującego u nas klimatu, i bez wątpienia nie przysłuży się pańskim ranom. Zaraz zobaczę, co się panu przydarzyło.

Obraziłem go - pomyślał Mirandor i zamarł. - Obraziłem tutejszego Szamana, który mieszka w Kamiennym Pałacu. Niedobrze.

Nie powiedział nic, tylko speszony zdjął swoją kurtę i przymierzył się do zdjęcia bandaży.

- Nie, nie - zaprotestował szybko lekarz. - Proszę nie ruszać bandaży! Ja sam je zdejmę.

Brodaty mężczyzna cofnął ręce niczym oparzony, przy okazji unosząc je do góry i dając do zrozumienia, że nie będzie ruszał opatrunków za żadne skarby świata. Widać było po nim, że było mu niewymownie głupio, że obraził kogoś tak wielkiego.
Na dodatek w pomieszczeniu powoli roznosił się zapach dużego mężczyzny, który nie wie, co znaczy określenie: kąpiel.
Szaman ukląkł przy Mirandorze i powoli zaczął odwiązywać założony przez tajemniczą postać opatrunek.

- Ten dobry duch miał chyba fachowe przygotowanie, - powiedział cicho. - Bandaże założone są mocno, ale nie uciskają, trzymają ranę, nie krępując ruchów. Chciałbym poznać tego ducha... Może szuka pracy...

Opatrunek spadł na ziemię.

- Czy pan sobie ze mnie żartuje? - zapytał ostro Tregarth.

- Co mam robić? Nie rozumiem - Mirandor spojrzał w dół. - Nie znam tego ducha, Panie! Prysedł i odsedł sybko, nie powiedział jak ma na imię, Panie...

- Ta rana wygląda, jakby zadano ją tydzień, może dwa tygodnie temu! - mówił medyk podniesionym tonem. - Owszem, fachowo ją opatrzono, dobrze zabandażowano... Ale nie bardzo rozumiem, po co przychodzi pan do szpitala ze starą raną? Boli pana? Odczuwa pan szczególny dyskomfort?
Obrażenie wygląda na dobrze zaleczone. Na tym etapie obejdzie się pan bez bandaży.
Chyba, że boli pana w środku. Tylko że wtedy musimy ją ponownie rozciąć, a to przedłuży powrót do zdrowia o kolejne tygodnie.

Drwal nie wiedział, co powinien powiedzieć. Przecież Sylwavowi pomógł... Widać Mirandor obraził szamana tak bardzo, że nie zasługiwał na pomoc.

- Preprasam - rzekł, - nie boli mnie nic. Sylwav powiedział mi, że mam pryjść i prysedłem. Nosiłem ten bandaż cały cas, nie wiedziałem, co się tam dzieje. Preprasam Pana. Mam sobie iść?

- Pański towarzysz mówił, że zraniono go wczoraj... - powiedział medyk. - Ale pańska rana wygląda na starszą! Nie chce mi pan chyba powiedzieć, że uczestniczyliście w tym samym wydarzeniu, w tym samym czasie! Chyba że...
Jak długo zna pan pana Sylwava? Pochodzicie z tego samego miejsca?

- Spotkałem go w lesie wtedy, niedługo pred atakiem Złego Ducha, on posedł z Konradem, którego już nie ma tutaj. Posedł sobie na cmentar, a ja zostałem i walcyłem tam - gubił się nieco w toku wydarzeń i nie wiedział, czy dobrze robił, opowiadając o wydarzeniach upiornej nocy.
Ale Szamanowi nie można kłamać.

Lekarz wyprostował się i wstał z podłogi.
Powoli podszedł do miski z wodą i ponownie starannie umył dłonie. Kiedy znów odwrócił się do Mirandora, jego twarz nie wyrażała żadnych emocji.

- Może mi pan opisać Ducha, który opatrzył pańskie rany minionej nocy?

Mirandor zastanowił się chwilę.

- Ducha, którego spotkałem? Mam opisać? - nie do końca pojął oczekiwanie szamana.

- Jeśli te rany zostały zadane i opatrzone wczorajszej nocy - lekarz mówił powoli i bardzo wyraźnie, - to bardzo zależy mi na poznaniu cudotwórcy, który szerokie cięcie potrafił opatrzyć tak, żeby na drugi dzień było prawie całkiem zagojoną blizną!
Wizyta panów w moim szpitalu obfituje w wydarzenia, które stanowczo zbyt mocno wykraczają poza granice mojej wiedzy medycznej, więc zrozumiałym jest, że chciałbym wyciągnąć z tego doświadczenia jak najwięcej! - Tregarth mówił coraz szybciej. Mirandorowi zdał się zdenerwowany, jakby ktoś ukradł mu garniec z kang-kang...

- Może pan pomówi z Sylwavem? - odparł szybko. - Ja nie rozumiem dobre - dodał na usprawiedliwienie. - To nie było wcoraj, racej tylko dawno. Prysedł do mnie Duch, opatrył i nie było go, nie widziałem śladów jego ani nic....

- Drogi panie... jak pan się nazywa?

- Mirandor, prosę Pana.

- Panie Mirandorze zatem - powiedział szaman i zmrużył oczy. - Kiedykolwiek miało miejsce zdarzenie, którego śladem są noszone przez pana blizny, ja już nic nie mogę dla pana uczynić. Rany goją się doskonale, bandaży już pan nie potrzebuje. Uczucie ściągnięcia pewnie minie za dzień lub dwa.
Nie wiem, kto pana leczył, ale bez wątpienia wykonał kawał świetnej roboty. Jest pan zdrowy jak rydz. - Rozłożył ręce i uśmiechnął się, choć jego oczy pozostały poważne.

- To.. dobre? - spytał potężny pacjent, nie wiedząc, co innego miałby powiedzieć.

Lekarz zastanowił się przez chwilę.

- Tak, myślę, że bardzo dobrze, - odparł. - Cokolwiek sprowadza pana do Thoris, może się pan tym zająć od zaraz. Nie potrzebuje pan mojej pomocy. Co najwyżej kąpieli, ale to zaoferuje panu każdy zajazd w mieście.

Mirandor ubrał się i skłonił.

- Dziękuję.

Już miał wyjść gdy coś mu się przypomniało.

- A gdzie jest Sylwav? Chciałbym do niego iść i tam zostać.

- Jestem przekonany, że pański przyjaciel zażywa obecnie kąpieli, - powiedział Tregarth. - Obawiam się jednak, że nasza placówka nie przewiduje zakwaterowania dla towarzyszy pacjentów. Będzie pan mógł odwiedzić go jutro, kiedy odpocznie i zacznie wracać do sił, Tymczasem doradzałbym znalezienie jakiejś przytulnej karczmy i zatrzymanie się tam na nocleg.

No to wpadłem, zginę tu marnie...

- A mogę iść do niego porozmawiać? Potreba mi jego rady. Ja nie wiem gdzie i po co - załamał się. - Ja nie stąd! Ja nie wiem, nie rozumiem jak tutaj chodzić, i gdzie iść, i cemu tak jest. Nikt mnie tutaj nie lubi i uciekają prede mną...

- Oczywiście, że może się pan z nim zobaczyć - powiedział medyk, patrząc na mężczyznę z powagą. - Proszę wrócić do ogrodu i poczekać na któregoś z pomocników. Poproszę, żeby pana zaprowadzono.

- Dobre. Dziękuję za ranę. Dziękuję. Do widzenia Panu - odparł drwal.

Wyszedł z gabinetu i stanął tuż za drzwiami, zastanawiając się co dalej...
Po krótkiej chwili odszedł pospiesznie, by już więcej nie drażnić szamana swoją osobą. Nie był zadowolony z tej wizyty, jak i nie cieszył się, że szaman mu nie pomógł, ani nic nie powiedział o Złym Duchu, który na pewno wróci, by pomścić swą przegraną.
Nie może tak być... Drugi raz Upiór nie da się pokonać i to człowiek zginie w męczarniach. Na dodatek za nic!

Przecież nie poszedłem na ten cmentarz i nie przeszkadzałem Duchom Przodków! Jestem zgubiony! - pomyślał i wrócił do ogrodu, gdzie usiadł na trawie w oczekiwaniu na kogoś, kto go zaprowadzi do jego osobistego kaganka mądrości, jakim był Sylwav. Liczył jednak na to, że nie przyjdzie ten dziwny mężczyzna, co go do Medyka prowadził.
Last edited by Mirandor on Wed, 11 Nov 2009, 14:40, edited 1 time in total.
Cierpienie to nadzieja. Nadzieja to krew. Krew to życie. Słowa we krwi. Myśli we krwi. Marzenia we krwi.

A cel wciąż uświęca środki Szaleńcom od lat
To MY karmimy ich milczeniem.
Milczenie to TAK.

User avatar
Sylwav
Posts: 123
Joined: Mon, 10 Sep 2007, 22:11
Contact:

Post by Sylwav » Fri, 6 Nov 2009, 23:50

- Adrian, tak? Mam pytanie: co konkretnie Tregarth miał na myśli, mówiąc "pomóż panu Sylwavowi nie zamoczyć bandaża"?

Młodzieniec wyprzedził wojownika na korytarzu, a teraz zatrzymał się i odwrócił.

- Dopilnowanie, żeby podczas kąpieli nie zamoczył pan bandaża - odpowiedział rozbrajająco prostolinijnie. - Pan zrozumiał tę wypowiedź inaczej?

Sylwav zaśmiał się pod nosem i przejechał palcami po kącikach ust.

- Nie zrozum mnie źle, nie wątpię w twoje umiejętności w kwestii pomocy w nie moczeniu bandaża. Na pewno masz na to jakieś certyfikaty, czy coś w tym stylu. Chodzi mi o to, że od kiedy skończyłem jakieś 3 lata, nikt mi już nie pomaga w czynnościach, które zachodzą w łaźni. Jakiekolwiek by one nie były. No chyba, że źle zrozumiałem doktorka?

- Pozwoli pan, że będę stosował się do poleceń mojego przełożonego niezależnie od pańskiej opinii na ich temat - odparł spokojnie chłopak. - Doktor Tregarth zażyczył sobie mojej obecności podczas pańskiej kąpieli, więc najwyraźniej tak musi być.

Odwrócił się i ruszył dalej.

Sylwav patrzył się jeszcze przez chwilę na oddalającego się Adriana, niezdolny do wykonania jakiegokolwiek ruchu.

Czy on mnie właśnie olał?

W końcu postanowił zrównać się z mężczyzną.

- Widzę, że lubicie traktować pacjentów jak niezdolnych do zadbania o własne dobro trzylatków. Nie żebym miał coś przeciwko obcemu facetowi gapiącemu się jak myję ciało, ale czy możesz chociaż siedzieć w jakiejś odległości od wanny, dając mi znać gestami jak się myć, żeby bandaż pozostał nienaruszony?

- Jeżeli pańską zasadniczą obawą jest to, czy zamierzam ślinić się na pana widok, - zaczął ostrożnie chłopak, - i namydlać pana dla frajdy robienia tego, to z radością rozwieję pańskie obawy. To jest moja praca. Sam ją wybrałem. Wykonuję ją, bo... mam swoje powody. Jednak bardzo różne od tych, jakie pan sobie wyobraża. Podobnie daleki jestem od biegania nago po miejscach publicznych - dorzucił po chwili.

Położył dłoń na klamce.

- Bez obawy może pan korzystać z łaźni. Moje zadanie polega tylko na upewnieniu się, że nie złamie pan zaleceń doktora.

Popchnął drzwi i wszedł do środka.

- W porządku... - Sylwav wszedł do pomieszczenia za Adrianem. - Chociaż zwyczaje panujące w tym miejscu są cholernie niepokojące.

Niewielki pokój za jedyne wyposażenie miał drewnianą balię pokaźnych rozmiarów i ławę, na której ktoś zapobiegliwy umieścił prześcieradła i jasny szlafrok.
Z wanny unosiła się para. Pachniało mydlinami.

- Bardzo proszę, - Adrian wskazał na balię. - Jeśli nie da mi pan pretekstu, zostanę w bezpiecznej odległości.

- Bez obaw. Z mojej strony nie masz co liczyć na żadne preteksty - rozebrał się do naga i wskoczył do balii. - Ooo! - Krzyknął zachwycony. - Tego mi było trzeba! - Obmył ciało zważając jednocześnie na bandaż, po czym przywarł plecami do brzegu balii i, zamykając oczy, odchylił głowę do tyłu.

- Urodziłeś się taki rosły, - zapytał po dłuższej przerwie, - czy masz na to jakieś specjalne warzywka?

- Kuchnia pani Whitlow na pewno wzmacnia - zabrzmiał głos Adriana.

- Nie zostanę tu na tyle długo, żeby ta kuchnia mi jakoś szczególnie pomogła. Masz jakieś rady, które podziałałyby na dłuższą metę? Bo widzisz, zrywam z wizerunkiem szczudła. Muszę poważnie przybrać na wadze - popatrzył krytycznie na własne ciało.

- Dobre jedzenie i uczciwa praca powinny załatwić sprawę - powiedział spokojnie młodzieniec. Sylwav nie widział jego twarzy, ale intonacja chłopaka się zmieniła. Nie potrafił wyczuć, co Adrian miał na myśli.

- Wszystko w porządku, stary? - wojownik spojrzał w stronę mężczyzny. - Przez chwilę czułem, że odbieram jakieś negatywne wibracje.

- Chyba nie zrozumiałem? - twarz chłopaka wyrażała jedynie troskę.

- Mniejsza - ponownie odchylił głowę. - Co myślisz o swojej koleżance, Selenie? - uśmiechnął się pod nosem. - Niezła jest, mam rację?

- Jest doskonałym wsparciem w naszej pracy, faktycznie, - głos chłopaka był spokojny i wyważony. - A to nie zawsze jest łatwa praca.

Wojownik zaśmiał się donośnie

- Nie wątpię, nie wątpię. Ale ja pytałem, czy cię pociąga. No wiesz, jako kobieta.

- Wiem, o co pan pytał - mruknął Adrian. - Chciałem dać panu możliwość wybrnięcia z tego lepiej, niż ze spaceru...

- Nie rozumiem, czemu wszyscy tu się boją rozmawiać o swoich popędach. Przecież dobrze wiem, że jak facetowi podoba się jakaś kobieta, to chce ją zaciągnąć do łóżka. Cała reszta ma drugorzędne znaczenie. Nie jest tak, Adrian?

- Nie chodzi o temat rozmowy, tylko o osobę rozmówcy - mężczyzna spojrzał poważnie na Sylwava. - Selena jest moją koleżanką z pracy. Pan, proszę się nie gniewać, jest pacjentem, który trafił tu dzisiaj. Nie widzę powodu, dla którego miałbym zwierzać się panu z moich popędów, niezależnie od tego, czy dotyczą one mojej współpracownicy, czy nie.

- Ale wy tu jesteście wszyscy zamknięci w sobie! Konrad, Dekares, teraz ty. Przecież ja się tylko pytam, czy ona ci się podoba. Myślisz, że będę trąbił o tym w całym szpitalu, jak tylko raczysz mi to zdradzić? Ale dobra, twoja sprawa, nie będę się narzucał. Poza tym już skończyłem się chlupać.

Adrian szybko podniósł się z miejsca, w którym siedział i podał wojownikowi prześcieradło.

- Proszę się tym osuszyć - powiedział, - a potem założyć to - wskazał szlafrok leżący na ławie.

Podniósł strój Sylwava i jego miecz.

- Pańską garderobę zabiorę do czyszczenia, a broń przechowam do momentu, gdy będzie pan opuszczał szpital. - W tonie głosu chłopaka pojawiła się nuta nieustępliwości. - Mamy tutaj ścisłe zasady odnośnie broni - wyjaśnił.

Sylwav odebrał prześcieradło bez słowa, po czym zaczął się nim dokładnie wycierać. Po osuszeniu się założył szlafrok.

- Lepiej tu niż w niejednej karczmie - przyznał. - Brakuje tylko towarzystwa niewiast.

Nagle przypomniał sobie o obietnicy, którą złożyła mu urodziwa koleżanka Adriana. Uśmiechnął się niezauważalnie.

- Kończycie wy kiedyś pracę?

- Oczywiście.

- A czy podczas pracy wolno wam przyjść do pacjenta z herbatą z ziółek?

- Bardzo często jest to część kuracji - wyjaśnił Adrian z uśmiechem.

- Nie mam więcej pytań - wyszczerzył się. - Zaprowadź mnie, dobry człowieku, do tej waszej trójki. Wiesz może, czy będę tam sam, czy może ktoś jeszcze się znajdzie do towarzystwa?

- Doktor Tregarth życzył sobie wyraźnie, by nie przeszkadzano panu w odpoczynku. Pokój numer trzy to cela z jednym łóżkiem, więc będzie pan miał zapewniony spokój - mówił młodzieniec idąc przed siebie z garderobą Sylwava pod pachą i mieczem w ręce. Ruszył po schodach na górę. - Na chwilę zostawię pana samego i wrócę z posiłkiem. Potem będzie pan mógł odpocząć.

Otworzył kolejne drzwi i oczom wojownika ukazało się niewielkie pomieszczenie, w którym ustawiono schludnie zasłane łóżko, niewielką szafkę i drewniana skrzynię. Przez okno wpadało światło słońca.

- Dzięki za wszystko, Adrian. Poczekam tu sobie na ciebie - mówiąc to przekroczył próg celi, po czym rzucił się na posłanie, lądując na plecach.

Po zniknięciu Adriana wojownik leżał jakiś czas bez ruchu, całkowicie odprężony, niechętny do jakichkolwiek przemyśleń. Pragnął trwać w tym błogim uczuciu, napawać się chwilą. W końcu Tregarth stanowczym głosem kazał skupić się na zdrowiu, co dla Sylwava oznaczało jednocześnie zaniechanie jakichkolwiek działań przybliżających go do wyznaczonego celu.
I wtedy do niego dotarło.
Początkowy dyskretny rechot przerodził się w niekontrolowane salwy śmiechu, którym towarzyszyło tarzanie się po łóżku z dłońmi zaciśniętymi na brzuchu.

Cholerni idioci, skończone półgłówki! Oni kompletnie nie mają pojęcia, co mi zrobili. Chcieli zapewnić mi los gorszy od śmierci, a tymczasem leżę sobie w schludnym wyrku, ubrany w pieprzony szlafrok! A przede mną jeszcze darmowa wyżerka i miłe towarzystwo! Na niebiosa, tych sypiących iskrami pajaców nawet Bóg nienawidzi, skoro pozwolił mi na powrót do sił w takim stylu. I starym dobrym zwyczajem, którego nauczył mnie Seth, gdy wrócę do domu, zakończę wszystko permanentnie. Każda z tych plujących ognistymi kulami, ubierających się w sukienki niedokończonych spraw znajdzie swoje jaja na czubku mojego miecza!

W końcu uspokoił się i ponownie położył na plecach, z dłońmi wsuniętymi pod głowę. Zamknął oczy i pogrążył się w rozmyślaniach, których przeważającą część stanowiły nowe sposoby karmienia znienawidzonych oprawców ich własnymi nerkami.
Last edited by Sylwav on Wed, 11 Nov 2009, 14:51, edited 1 time in total.
Osobnik wysoki, stosunkowo szczupły, lecz odpowiednio wyrzeźbiony. Włosy smoliście czarne, lekko przysłaniające bladą, gładką twarz. Ciemne oczy o nieco szalonym wyrazie współgrają z ironicznym uśmiechem. Postać ubrana jedynie w skórzaną kurtkę, obcisłe spodnie z tegoż samego materiału oraz wysokie buty, wszystko w kolorze czarnym.

User avatar
Astarael
Mistrz Gry
Posts: 1146
Joined: Sun, 25 Feb 2007, 00:05
Location: Enki-e Shao'Saye
Contact:

Post by Astarael » Wed, 11 Nov 2009, 14:18

Usłyszał ciche pukanie i usiadł na łóżku. Zamrugał szybko. Usnął?
W otwartych drzwiach stał Mir – ze znajomym wyrazem zagubienia na twarzy, wciąż tak samo rozczochrany, wciąż tak samo cuchnący. Choć teraz, gdy Sylwav się odświeżył, dzikus śmierdział chyba bardziej.
Zwalisty mężczyzna przestąpił z nogi na nogę, po czym został delikatnie wepchnięty do środka. Adrian wszedł za nim, wnosząc tacę ze smakowicie pachnącym posiłkiem i drewnianym kubkiem.

- Pański towarzysz koniecznie chciał z panem porozmawiać przed opuszczeniem szpitala – powiedział pomocnik lekarza stawiając kolację na szafce. - Proszę w międzyczasie zjeść. Za jakiś czas Daniel przyjdzie odebrać brudne naczynia.

Sylwav zwrócił uwagę, że Adrian był wyższy od Mirandora i tak samo szeroki w ramionach. Obszerna szata niezbyt skutecznie maskowała okazałą muskulaturę chłopaka.

- Życzę smacznego i dobrej nocy – powiedział młodzieniec i wycofał się dyskretnie, zamykając za sobą drzwi.

Podróżnicy zostali sami.
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.

User avatar
Sylwav
Posts: 123
Joined: Mon, 10 Sep 2007, 22:11
Contact:

Post by Sylwav » Thu, 19 Nov 2009, 00:21

Poklepał się kilka razy po twarzy. Nigdy nie pomagało mu to w przebudzeniu, ale głupie nawyki go nie opuszczały.
Rozsiadł się wygodnie na łóżku i z uśmiechem przywitał idącą w jego stronę wyżerkę.

-Dzięki, Adi. Kolorowych snów – krzyknął za chłopakiem, po czym przeniósł wzrok na towarzysza.

- Witaj, Mir. Wejdź, rozgość się, fryknij coś z mojej michy. Co cię do mnie sprowadza? U Tregartha obyło się bez niemiłych niespodzianek?

- Twój saman się na mnie obraził, Sylwavie - rzekł Mirandor wchodząc. – Powiedział, że jestem zdrowy.

- Jhakto zdrhowy? - mówiąc jednocześnie wpychał sobie łapczywie do gęby kolejne porcje jadła. Ledwo dało się go zrozumieć.

W końcu przełknął, po czym sapnął kilka razy, wyraźnie wycieńczony próbą przepchnięcia przez gardło ilości żarcia dwukrotnie przewyższającej jego możliwości, i ponownie przemówił.

- Mir, myślałem, że jesteś poważnie ranny. Twój opatrunek do najmniejszych nie należał, więc zapewne ktoś dosyć konkretnie pociągnął ci mieczem po ciele. Skoro czułeś się dobrze, to na cholerę ci doktor?

- Byłem zraniony. Zły Duch mnie zranił, ale Dobry Duch wylecył. Nie wiedziałem - odparł olbrzym niewzruszony. - Teraz twój saman zły i chce mnie stąd wyrzucić - rzekł zrozpaczony, - a ja sam nie dam rady tutaj.

Sylwav patrzył na wielkoluda wzrokiem wyrażającym chęć zrozumienia, co chciano mu przekazać. Wyraz oczu nie zmieniał się przez dłuższy czas, co zapewne oznaczało, że próby ogarnięcia umysłem treści wypowiedzi spełzły na niczym.

- Spokojnie Mir, spokojnie - zamyślił się na chwilę. - Tregarth nie jest na ciebie zły. Być może troszkę poirytowany, bo zmarnowałeś jego czas. Opuścisz szpital wyłącznie po to, żeby zrobić miejsce reszcie pacjentów, to wszystko. Ja, niestety, muszę tu zostać nieco dłużej, wielkoludzie. Jesteś zdany na siebie - rozłożył ręce, po czym włożył do ust sporą porcję jedzenia, cały czas patrząc Mirandorowi w oczy.

- Gdzie mam tutaj sobie pójść? Dokąd? Nie lubię tego miejsca i nie chcę stąd iść. Zostanę tutaj - usiadł pod ścianą z podkulonymi nogami. - Nie zajmuję dużo miejsca i wytłumacys samanowi, że ja nie przeskadam, tylko będę siedział sobie i nie będę się odzywał, tylko tutaj będę i będie dobre? - Patrzył na Sylwava niczym na jakąś boską wyrocznię. - A nawet mogę ci pomóc jakoś. Tak! Pomogę ci, jak będzies chciał!

Wojownik pokręcił kilka razy głową, uśmiechając się pod nosem.

- Ja tu nie mam nic do gadania, wielkoludzie. Jeśli już musisz tu zostać, to pytaj o pozwolenie Tregartha.

- Ty lepiej rozmawias w wasym języku. Umies się dogadać. Ciebie zrozumie, Sylwavie, prosę.

Zabójca magów nagle zmarszczył brwi i spojrzał przed siebie. Trwał tak jakąś chwilę. Sprawiał wrażenie, jakby rozpracowywał kolejny element układanki, który właśnie wpadł mu w ręce. Wreszcie się otrząsnął.

- Mir, co tu jest do rozmawiania? Po prostu zapytaj, czy możesz zostać. Jeśli taka możliwość nie będzie istniała, to ja tutaj nic nie zdziałam. Tregarth nie sprawia wrażenia człowieka, którego da się w jakikolwiek sposób przegadać. Mówisz, co chcesz, a on stwierdza, czy jest taka możliwość. Jego cyrk, jego małpy.

- Ale on mnie nie lubi! Możes to dla mnie zrobić? Mam ten worek, co mi dał Konrad - odparł przerażony. - Nie pomoże mi?

- W tej sytuacji? - zarechotał dźwięcznie wojownik. - Ledwo dotarłeś do miasta, a już posuwasz się do łapówki, co? A Tregarth nie ma powodu, żeby cię nie lubić. Wbij to sobie w końcu do głowy. Nie zrobiłeś nic złego, rozumiesz? W naszej kulturze doktorzy chwalą pacjentów, którzy robią takie małe przeglądy - mrugnął. - Cieszę się, że nic ci nie jest. A teraz słuchaj uważnie - pogadam z doktorem, ale jutro. Ty wyjdź ze szpitala i spytaj kogoś o gospodę - mówił powoli i możliwie jak najprostszym językiem. - Jak już do niej dojdziesz, znajdź właściciela i wynajmij sobie pokój. Będziesz musiał użyć części zawartości tego woreczka od Konrada. Właściciel ci powie, ile. Zanim ci jednak zdradzi cenę pokoju, powiedz mu: "Jeśli mnie oszukasz, wypierdku, to powieszę cię za jaja". Dokładnie tak mu powiedz i koniecznie użyj głosu z zestawu "groźny Mirandor". Znaczy się - udawaj wkurzonego. Jutro przyjdź znowu do szpitala i mnie znajdź. Powiem ci, jak poszły rozmowy z doktorkiem.

- Gospoda, pokój - powtórzył za Sylwavem, - ale jak mam wiedzieć, ile mu z worecka dać? Ja nie rozumiem dobrze, gospoda to miejsce, tak? I tam pytam o pokój, ale kogo? Jak go poznam? Możes iść ze mną? Zrobiłbyś to za mnie może?

- Mir, nie mogę być twoją niańką. Ta rola mnie wpienia. Musisz się trochę usamodzielnić. Zrób dokładnie tak, jak ci powiedziałem, reszta sama się zrobi. Przynajmniej taką mam nadzieję. Po kolei: tak, gospoda to miejsce, gdzie możesz się przespać. Właściciel gospody znajdzie cię pewnie sam, nie musisz go szukać. W razie czego spytaj kogoś, żeby cię do niego zaprowadził. Gospodarz nie wpuści cię w maliny, bo nie będzie chciał być powieszony za jaja. - Wojownik przez cały czas głęboko patrzył wielkoludowi w oczy, akcentując każde zdanie; unosząc dłonie do góry i gwałtownie je opuszczając. Gdy skończył, złapał Mirandora za ramię. - Wierzę w ciebie, sukinkocie. Nie zawiedź mnie.

- Nie wies, jak dziwne jest dla mnie to miejsce, Sylwavie, - odparł stanowczo i wstał. - Jak wiele mam dać mu z worecka, by mnie nie osukał? - pokazał zawartość sakiewki Sylwavowi i zmienił ton na "groźny Mirandor". - Jeśli mnie osukas, to powiesę cię za jaja.

Sylwav popatrzył na niego kompletnie zaskoczony, po czym odchylił się do tyłu i wybuchnął serdecznym śmiechem, trzymając się za brzuch. Gdy już nasycił się chwilą, otarł z oka łezkę.

- Mirandor, naprawdę wolę cię takiego, jak teraz - także wstał. - I nawet nie wyobrażasz sobie, jak obce to miejsce jest dla mnie. Nie jesteś osamotniony w tym uczuciu zagubienia, więc nie użalaj się tak nad sobą - poklepał go po twarzy. Mówił głosem nieco innym, nie tak donośnym, jak zazwyczaj.

- Naprawdę nie mieskałeś w takich dziwnych miejscach jak to? - Uśmiechnął się. - Ale dalej mi nie powiedziałeś, jak dużo mam mu dać z worecka, bo nie wiem tego. Z restą dam sobie radę.

- Ja też nie wiem, Mir. Ta waluta jest dla mnie obca. Jeszcze nie miałem okazji jej rozpracować. To przyjdzie z czasem. Tak, czy inaczej, powodzenia. I wróć tu jutro, chcę wiedzieć, że u ciebie wszystko w porządku.

- Dobre, Sylwavie - Mirandor objął przyjaciela swoimi ogromnymi łapskami i poklepał go po plecach. Intensywny zapach wielkoluda dał o sobie znać. - Postaram się nie dać osukać komuś i wrócę jutro, żeby cię odwiedzić i będę zgadywał, ile dać mu z worecka, by mnie nie osukał. Jutro ci opowiem o tym wsystkim. A najwyżej - puścił kompana, - pójdę spać do lasu.

Wojownik zawisł w uścisku brodacza, kaszląc i chrząkając dyskretnie. Odetchnął głęboko, gdy wielkolud go puścił. Nie tylko z powodu chwilowo zmniejszonego dopływu tlenu.

- O to chodzi, Mir! Bądź panem własnego losu. Do jutra w takim razie i powodzenia tam na zewnątrz.

Mirandor wyszedł z pokoju i zamknął za sobą drzwi.

Sylwav odprowadził go wzrokiem, po czym usiadł na łóżku i dokończył michę. Gdy talerz był już pusty, wojownik położył się na łóżku, wpatrując się w sufit i rozmyślając.

I ja, i ludzie w tym miejscu mówimy w tym samym, pieprzonym języku...

Powieki stawały się coraz cięższe - ciepły posiłek i wygodne łóżko robiły swoje.
Last edited by Sylwav on Thu, 26 Nov 2009, 04:40, edited 1 time in total.
Osobnik wysoki, stosunkowo szczupły, lecz odpowiednio wyrzeźbiony. Włosy smoliście czarne, lekko przysłaniające bladą, gładką twarz. Ciemne oczy o nieco szalonym wyrazie współgrają z ironicznym uśmiechem. Postać ubrana jedynie w skórzaną kurtkę, obcisłe spodnie z tegoż samego materiału oraz wysokie buty, wszystko w kolorze czarnym.

User avatar
Astarael
Mistrz Gry
Posts: 1146
Joined: Sun, 25 Feb 2007, 00:05
Location: Enki-e Shao'Saye
Contact:

Post by Astarael » Thu, 26 Nov 2009, 04:40

Mirandorze, pora się USAMODZIELNIĆ. A.

Noc wypełniało ciche cykanie, jakby ktoś umieścił w trawie setki zegarów. Księżyc w pełni jaśniał na rozgwieżdżonym niebie, a cichy plusk wody zdawał się dochodzić z każdej strony.

Sylwav szedł przez zagajnik, z zaciekawieniem rozglądając sie wokół. Przed przybyciem do tego miejsca - gdziekolwiek sie znajdowało - rzadko miał okazję widzieć na raz aż tyle
natury. Srebrzystobiałe pnie poznaczone ciemnymi pręgami zdawały się jarzyć w świetle księżyca. Pomiędzy nimi dostrzegł unoszące sie opary.

Na niemal idealnie okrągłej polanie znajdowała się sadzawka, z której unosiła się para. Było ciepło, więc woda musiała być gorąca.
Ale to nie termalne źródło przykuło jego uwagę, lecz zanurzona w nim postać.
Długie czarne włosy spływały wzdłuż pleców smagłej dziewczyny. Szczupłe ramiona poruszały się miarowo, gdy obmywała krągłe biodra.
Nagle nieznajoma zesztywniała i zwróciła twarz ku stojącemu kilka metrów od niej mężczyźnie. Księżycowy blask prześliznął się po mokrej grzywce. Na twarzy Seleny pojawił się uśmiech.

- Ach, to ty - powiedziała.

Unosząca się z wody para zgęstniała, przesłaniając kształtne ciało.

- Dołączysz do mnie?

Nie namyślając się długo, Sylwav ruszył w kierunku kuszącego głosu.
Nagły rozbłysk jasnego światła i odbierające oddech uderzenie w pierś powaliły go na ziemię.

- Obrzydliwy homunkulusie - wysyczał męski głos, - nie zasługujesz na śmierć. Twoje istnienie jest kpiną z praw natury, urąganiem porządkowi elementów. Nie zamierzamy znosić takiego bluźnierstwa, ani tych, którzy się go dopuścili.

Ciemne plamy wirowały przed oczami walczącego o oddech wojownika. Na tle oparu dostrzegł sylwetkę wysokiego mężczyzny.
Znajomą sylwetkę.

- Natura eliminuje obce pierwiastki, więc należy pomagać jej w tym chwalebnym dziele - prawie szeptał mag. - Wracaj w otchłań, z której cię wywleczono, z kału i ognia pokraczny pomiocie...

Światło i cień zawirowały w mdlącym kołowrocie. Sylwav zacisnął powieki, starając się zwalczyć nudności. W mroku dogoniły go słowa:

- Obyś się nigdy nie obudził...


- Co? Co to? Co takiego? - mamrotał, starając się wyplątać z wilgotnych macek.

- Mówiłem, że cieszę się, że wreszcie się pan obudził - inny głos. Też znajomy. Skrzypiący jak dawno nie oliwione zawiasy. - Jednocześnie bardzo mi przykro, że nie spał pan spokojnie. Niestety, specyfik, który zdecydowałem się panu zaaplikować, miewa czasem dość nieprzyjemne efekty uboczne. Najwyraźniej pański organizm źle znosi ten dekokt. Prześcieradło jest niemal mokre, a dzisiejsza deszczowa noc była najprzyjemniejszą od dłuższego czasu...
Mam nadzieję, że upadek z łóżka nie zaszkodził pańskim ranom?

Sylwav przytomniał stopniowo, patrząc to na spowijające go prześcieradło, to na pochylonego z zatroskaną miną Tregartha, to na chłodną posadzkę, na której siedział po upadku z łóżka.
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.

User avatar
Sylwav
Posts: 123
Joined: Mon, 10 Sep 2007, 22:11
Contact:

Post by Sylwav » Fri, 27 Nov 2009, 16:03

Nie doszedł do siebie od razu. Potrzebował dłuższej chwili, żeby poukładać sobie wszystko w głowie i doprowadzić umysł do pełnej sprawności. Zajęło mu to więcej czasu niż zwykle, toteż wywnioskował, że prawdopodobnie wstał z łóżka lewą półkulą mózgową.

To był tylko koszmar. W dodatku nieźle popieprzony.

- Doktorek? Wszystko... wszystko w porządku. Daj mi chwilkę – wdrapał się na łóżko. – Dosłownie minutkę.

Ten czarokleta... Nie dość, że sukinkot rozpieprza wszystko, co najlepsze w moim życiu, to jeszcze dobiera mi się po nocach do głowy. Mam już dosyć magów i strachu przed nimi! Nie mogę już myśleć o niczym innym, jak o dobraniu się do tych morderców i przybiciu ich jaj do bram miasta. Mam dosyć niepewności, co do losu firmy.
I mam dosyć nazywania mnie wybrykiem natury.
Jednak bez przygotowania zdziałam tyle samo, co w tym pieprzonym koszmarze.


Siedział nieruchomo, pogrążony we własnych myślach. Sen wprawił go w wyjątkowo dziwny nastrój. Zdawał sobie sprawę, że za kilkanaście minut jego samopoczucie wróci do normy, ale w tej chwili czuł, jakby jego emocje składały się wyłącznie z różnych odcieni nienawiści. Miał wrażenie, jakby koszmar przyprawił go o sennego kaca.

Była tam też ta dziewczyna... Selena. Cholera, wyglądała naprawdę apetycznie.
Chyba jej się spodobałem. W końcu to ona swojego czasu zaproponowała tę cholerną herbatkę. Wyglądała na sympatyczną dziewczynę.
Oby nie była zbyt sympatyczna.


Zorientował się, że cała nienawiść jaka go przepełniała poszła w diabły. W tym momencie myślał jedynie o złożonej mu niedawno słodkiej propozycji wspólnej kąpieli. To, że taka propozycja nigdy nie miała miejsca, było szczegółem niewartym uwagi.

- Doktorze, chyba nie dostałem jeszcze swojej herbatki – odezwał się nagle, jednocześnie rozglądając się demonstracyjnie po pokoju. – Może poczuję się znacznie lepiej, jak sobie chlapnę parę łyczków? Czy ktoś mógłby mi ją przynieść? Na przykład... hmm... Selena?
Last edited by Sylwav on Tue, 1 Dec 2009, 02:46, edited 1 time in total.
Osobnik wysoki, stosunkowo szczupły, lecz odpowiednio wyrzeźbiony. Włosy smoliście czarne, lekko przysłaniające bladą, gładką twarz. Ciemne oczy o nieco szalonym wyrazie współgrają z ironicznym uśmiechem. Postać ubrana jedynie w skórzaną kurtkę, obcisłe spodnie z tegoż samego materiału oraz wysokie buty, wszystko w kolorze czarnym.