Azyl

Witajcie w kupieckim miasteczku Thoris!

Moderator: Strażnicy

User avatar
Astarael
Mistrz Gry
Posts: 1146
Joined: Sun, 25 Feb 2007, 00:05
Location: Enki-e Shao'Saye
Contact:

Post by Astarael » Tue, 1 Dec 2009, 02:47

Jak na złość, na szafce stał kubek, nad którym unosiła się smużka pary.

- Pomyślałem o tym – powiedział spokojnie Tregarth, - i pozwoliłem sobie zabrać zioła ze sobą. Nie wiem jednak, czy powinienem pozwolić panu na dalsze ich zażywanie. Nie chciałbym, by oprócz ran musiał pan borykać się dodatkowo z koszmarami sennymi. - Zamilkł na chwilę, po czym spojrzał na Sylwava. - Myślę, że ograniczymy napar do dawki porannej, a na noc zaaplikujemy coś delikatniejszego, na przykład na bazie melisy. Będzie pan spał jak niemowlę, a organizm dostanie wsparcie w trudnym dziele regeneracji.

Lekarz usiadł na skrzyni i rozejrzał się po pokoju.

- Mam nadzieję, że odpowiada panu zakwaterowanie. Staram się dbać o komfort moich pacjentów, na ile pozwalają nam na to możliwości finansowe, rzecz jasna.
Jeśli będzie pan czuł się na siłach, proszę przespacerować się do ogrodu. Obcowanie z naturą także odgrywa niebagatelną rolę w procesie ozdrowieńczym. Nasz ogrodnik dokłada wszelkich starań, by stworzyć tutaj oazę spokoju... - zawahał się na chwilę i uśmiechnął pod nosem. - Tylko proszę trzymać się wytyczonych alejek...

Sylwav napił się gorącego naparu. Tregarth patrzył na niego przenikliwie.

- Przeglądałem wczoraj moje księgi – zaczął konwersacyjnym tonem. - Nigdy wcześniej nie zgłębiałem zbyt szczegółowo zagadnień protetyki, jednak okazuje się, że to, co wiadomo laikom, niezbyt mocno odbiega od stanu faktycznego tej gałęzi medycyny... Drewniane nogi czy żelazne dłonie zazwyczaj po prostu przywiązuje się do kikuta amputowanej kończyny, a ich sprawność w poważnym stopniu ustępuje prawdziwym narządom.
Wybitni technicy eksperymentują co prawda z protezami bardziej złożonymi, ale trudno uznać zakrzywione szczypce za godny ekwiwalent dłoni...
Poziom naukowy, jaki osiągnął konstruktor pańskiego ramienia, nie został osiągnięty dotychczas ani przez ludzi, ani przez krasnoludów – a przynajmniej dotychczas się do tego nie przyznali... - zmrużył oczy.
- Przestudiowałem także mapy odkrytego świata i nigdzie nie natrafiłem na miasto, państwo, czy choćby wieś o nazwie Argutum. Co więcej, nie słyszałem juej także w kontekście miejsc mitycznych, jak Nieskończone Miasto pod Pustynią Quentan, czy Skrzydlaty Grobowiec sławnego Tarek-y-Baka.

Medyk odetchnął głęboko.

- Kim pan jest? - zapytał cicho. - I skąd, na bogów, pan przybywa?
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.

User avatar
Sylwav
Posts: 123
Joined: Mon, 10 Sep 2007, 22:11
Contact:

Post by Sylwav » Thu, 3 Dec 2009, 15:06

Jak tylko zorientował się, że temat zszedł na próbę ustalenia, skąd pochodził, skupił się do granic możliwości na treści, jaką miał do przekazania Tregarth. Gdy doktor opowiadał o kolejnych próbach odnalezienia ojczyzny wojownika, ten czekał w napięciu, licząc w duchu na podchwycenie choćby najmniejszej wskazówki, gdzie powinien się skierować. Z każdym kolejnym zdaniem jego wzrok był coraz bardziej wyprany z nadziei.
Efekt był taki, że pod koniec sprawozdania gapił się bez słowa w ziemię, pogrążając się w niebiosa wiedzą jakiego rodzaju rozważaniach.

Wielka dupa.

- Wdepnąłem w niezłe łajno, Tregarth - przemówił do podłogi. - Muszę jednak przyznać, że nie żałowałeś czasu - podniósł głowę. - Nie sądziłem, że tak bardzo zaangażujesz się w całe to szambo, w którym siedzę. Ludzka ciekawość bywa pomocna. Chyba powinienem ci podziękować... - zrobił krótką przerwę, jakby zbierał siły do powiedzenia tego jednego słowa -... ale słyszałem, że to "magiczne" słówko, więc wybacz, ale nie przejdzie mi przez gardło - mrugnął, mimo że szanse na zrozumienie żartu przez rozmówcę były niewielkie.
- Co do tego kim jestem i skąd pochodzę - odkładając herbatkę położył się na łóżku, - to poza tym, co już powiedziałem, nie mam nic więcej do dodania. Gdybym ci powiedział, czym jestem... Wybacz doktorku, wiem, że ciekawość cię zżera - widziałem niejedno dziecko nauki i wielu z was za wiedzą rzuciłoby się na stado wygłodniałych jaków. Ale im więcej wiesz, tym ja krócej pożyję. Już żałuję, że powiedziałem ci o siedzącym we mnie żelastwie. Nie zyskałem na tym ani trochę. No, co najwyżej świadomość tego, że mam przesrane.

Poleżał troszkę w ciszy, wpatrując się tępo w sufit. Jego energia i pogoda ducha zdały się gdzieś odpływać. Pomysł proszenia kupców o pomoc spadł o kilka pozycji w dół na tabeli najsensowniejszych rzeczy do zrobienia. Razem z tym spadkiem odeszła chęć do robienia czegokolwiek.

- Jedno mnie zastanawia - usiadł, by spojrzeć doktorowi w oczy. - Nie mamy żadnych problemów w porozumiewaniu się. Nie znam tutejszych okolic, nie znam nawet waszej cholernej waluty, ale język jest mi zupełnie nieobcy. Jedna z dwóch osób, jakie napotkałem po przybyciu tutaj, miała na tyle czysty akcent, że przez moment brałem go za współpracownika pewnej mendy, z którą mam na pieńku. Możesz mi to wyjaśnić, doktorku?
Last edited by Sylwav on Tue, 12 Jan 2010, 05:09, edited 1 time in total.
Osobnik wysoki, stosunkowo szczupły, lecz odpowiednio wyrzeźbiony. Włosy smoliście czarne, lekko przysłaniające bladą, gładką twarz. Ciemne oczy o nieco szalonym wyrazie współgrają z ironicznym uśmiechem. Postać ubrana jedynie w skórzaną kurtkę, obcisłe spodnie z tegoż samego materiału oraz wysokie buty, wszystko w kolorze czarnym.

User avatar
Astarael
Mistrz Gry
Posts: 1146
Joined: Sun, 25 Feb 2007, 00:05
Location: Enki-e Shao'Saye
Contact:

Post by Astarael » Tue, 12 Jan 2010, 05:10

Tregarth milczał, słuchając słów pacjenta. Zamyślił się na chwilę, po czym odchrząknął.

- Obawiam się, że muszę pana rozczarować - powiedział powoli. - Pańska osoba zdaje się nieść ze sobą więcej pytań, niż odpowiedzi, a to tylko jedno z nich.
Nie znając miejsca pańskiego pochodzenia, środowiska w jakim pan wzrastał, czy wreszcie - tras pańskich podróży, nie potrafię ocenić ani pańskich zdolności językowych, ani wykształcenia. Umiem jednak uszanować chęć zachowania anonimowości, zwłaszcza w kontekście fenomenu medycznego, jakim bez wątpienia jest pańskie ramię. Być może zdecyduje się pan kiedyś zaufać mi na tyle, by opowiedzieć o sobie więcej. Do tego czasu jednak, niestety, na większość pytań nie poznamy odpowiedzi...

Lekarz wstał ze skrzyni.

- Nie będę zajmował panu więcej czasu - powiedział z uprzejmym uśmiechem. - Proszę dobrze spędzić ten dzień, pospacerować, nacieszyć się pogodą. W nocy wreszcie spadł deszcz, jest rześko i przyjemnie... Jeśli pańska garderoba jeszcze nie wyschła, możemy pożyczyć panu coś niekrępującego, gdyby miał pan ochotę zwiedzić miasto.
Proszę tylko uważać na opatrunek! - stojąc przy drzwiach medyk pogroził palcem. - A ja ruszam na obchód. W razie czego, wie pan, jak mnie znaleźć.
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.

User avatar
Sylwav
Posts: 123
Joined: Mon, 10 Sep 2007, 22:11
Contact:

Post by Sylwav » Thu, 14 Jan 2010, 17:33

- Przyjąłem - zasalutował niedbale. - I dzięki, Doktorku.

Poczekał aż jego gość wyjdzie, po czym pochylił się i oparł łokcie na kolanach, pogrążając się w myślach. Po tym, co powiedział Tregarth, wojownik miał nie lada dylemat. Nie cierpiał dokonywać takich trudnych wyborów, pomimo że każda decyzja była właściwa.

Karczma, czy burdel...? Policzyć wszystkie zalety pierwszej opcji, ze względu na ich ogrom, nie jest łatwo. Na pewno szybciej zapomnę o problemach jeśli posiedzę nad jakimś trunkiem w miłym towarzystwie. Tyle że dobrego towarzystwa ze świecą szukać, a Mira akurat nie ma w pobliżu.
Tutaj znam tylko Selenę, która preferuje herbatkę, a Tregartha, czy kogokolwiek z jego personelu, nie wyobrażam sobie z kuflem w łapie. Tak na dobrą sprawę, nie widziałem tutaj żadnego kumpla do picia, co najwyżej nabzdyczone dzieci. Jeśli w szpitalu na nikogo nie trafię, to skorzystam z innego, płatnego towarzystwa. A dopiero później karczma.


Klepnął się po kolanach na znak, że decyzja co do dalszych działań została podjęta, po czym energicznie wstał z łóżka, sprawdził, czy odzież dobrze leży, po czym zamknąwszy za sobą drzwi, wyszedł z pokoju i skierował się do najbardziej zaludnionego miejsca w szpitalu.

Daję słowo, czas się zabawić jak nigdy. A przynajmniej tak bardzo, na ile pozwoli mi sakiewka.

Nagle potrząsnął głową.

Cholera jasna, zapomniałem spytać Tregartha ile mam przy sobie złota.
Zamienię słówko z personelem, w końcu dobroduszne z nich sukinkoty.
Last edited by Sylwav on Tue, 19 Jan 2010, 00:46, edited 1 time in total.
Osobnik wysoki, stosunkowo szczupły, lecz odpowiednio wyrzeźbiony. Włosy smoliście czarne, lekko przysłaniające bladą, gładką twarz. Ciemne oczy o nieco szalonym wyrazie współgrają z ironicznym uśmiechem. Postać ubrana jedynie w skórzaną kurtkę, obcisłe spodnie z tegoż samego materiału oraz wysokie buty, wszystko w kolorze czarnym.

User avatar
Astarael
Mistrz Gry
Posts: 1146
Joined: Sun, 25 Feb 2007, 00:05
Location: Enki-e Shao'Saye
Contact:

Post by Astarael » Tue, 19 Jan 2010, 00:47

Szlafrok, w który musiał się ubrać, sięgał mu za kolana. Przewiązał się paskiem i ruszył kamiennym korytarzem. Chłodna posadzka była gładka i przyjemna w dotyku dla bosych stóp. Niewiele czasu zajęło mu dotarcie do ogrodu, który wydał mu się dziś rano zadziwiająco cichy i spokojny. Na trawie lśniły krople rosy, a woda w sadzawce pluskała cicho, gdy złociste kształty kłębiły się pod powierzchnią, walcząc o pierwszeństwo w wyścigu do okruchów chleba rzucanych przez postać w słomkowym kapeluszu.

Niewysoki mężczyzna powoli kruszył kromkę, z uśmiechem przyglądając się rybom. Nieznajomy miał na sobie starannie związaną jasną szatę i kapelusz o szerokim rondzie. Twarz niknęła w cieniu. Spod krawędzi stroju dostrzec można było rzemienne sandały.

Poza karmicielem ryb i Sylwavem, w ogrodzie nie było nikogo.
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.

User avatar
Sylwav
Posts: 123
Joined: Mon, 10 Sep 2007, 22:11
Contact:

Post by Sylwav » Wed, 20 Jan 2010, 19:42

- Widzę deficyt pacjentów - mówiąc to jednocześnie napawał się widokiem pięknego ogrodu. Jego wzrok przykuła rosa, którą widział w życiu może z tuzin razy.

Gdy był młodszy, wyobrażał sobie, że lęk, którym napawały go otwarte przestrzenie brał się z jego niechęci do natury. Że był jedną z osób, które nie zostały stworzone do zwiedzania tego, co na zewnątrz; stworzonych do życia w mieście. Jakkolwiek uważana za chorobę, jego niegroźna agorafobia sprawiała, że czuł się bardziej związany ze swoją Firmą. Zastanawiał się tylko, czy to schorzenie było jedynie swego rodzaju efektem ubocznym, czy ktoś z góry je zaplanował. I skoro natura była mu taka niemiła, skąd brała się ta przyjemność z patrzenia na zwykłe krzaki czy drzewa?

Po krótkiej chwili zbliżył się do sadzawki.

- W moim rodzinnym domu był jeden uczony, miłośnik rybek. Miał on cholernie wielki, szklany pojemnik wypełniony przeróżnymi okazami tych morskich stworzonek. Za cholerę nie mogłem zrozumieć, co on w nich widzi. Bo co jest takiego kręcącego w patrzeniu na to małe cholerstwo, które potrafi jedynie odpowiedzieć pozbawionym jakichkolwiek emocji spojrzeniem? W przypadku tej sadzawki człowiek nawet tego spojrzenia nie doświadczy. Ani się z tym nie pobawisz, ani nie zaprzyjaźnisz.
Chociaż przyznaję, jest jedna korzyść z posiadania rybek - uśmiechnął się. - Podczas imprezy z jakimś mocniejszym trunkiem, jest czym zagryzać - zarechotał, widocznie zadowolony z żartu. - Pacjent nie zajmowałby się karmieniem zawartości sadzawki, więc narząd we łbie podpowiada mi, że pan tutaj pracuje. Miałbym tedy pytanko: gdzie mogę dostać jakieś normalne ciuchy? Preferowałbym skórę, jeśli można.
Last edited by Sylwav on Thu, 11 Feb 2010, 21:53, edited 1 time in total.
Osobnik wysoki, stosunkowo szczupły, lecz odpowiednio wyrzeźbiony. Włosy smoliście czarne, lekko przysłaniające bladą, gładką twarz. Ciemne oczy o nieco szalonym wyrazie współgrają z ironicznym uśmiechem. Postać ubrana jedynie w skórzaną kurtkę, obcisłe spodnie z tegoż samego materiału oraz wysokie buty, wszystko w kolorze czarnym.

User avatar
Astarael
Mistrz Gry
Posts: 1146
Joined: Sun, 25 Feb 2007, 00:05
Location: Enki-e Shao'Saye
Contact:

Post by Astarael » Thu, 11 Feb 2010, 21:54

Mężczyzna w kapeluszu obrzucił Sylwava uważnym spojrzeniem, po czym skupił się na jego przemowie. Spokojny wyraz twarzy hodowcy ryb tężał stopniowo.

- Jestem pewien - zaczął powoli, gdy zabójca magów zamilkł, - że człowiek spostrzegawczy i cierpliwy, jest w stanie dostrzec w nieskończonym podwodnym tańcu metaforę ludzkiego losu, i odnaleźć w niej sposób na wyciszenie swych lęków i wątpliwości.
Moje ryby nie wiedzą, skąd się tu wzięły, ani po co tu są, nie wiedzą nawet, gdzie jest to "tutaj". Nie roztrząsają tego jednak, tylko zajmują się dbaniem, by miały co przegryźć. Wystarcza im niejasna świadomość, że jakaś dobroczynna potęga czuwa nad nimi i dba, by nie zginęły z głodu. Ludziom zazwyczaj brakuje takiej... Dzień dobry, Panie Cierniu!

Sylwav zamrugał zaskoczony nagłą zmianą tematu i postawy rozmówcy: zniknął gdzieś chłód mężczyzny i jego rezerwa, a na twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
Zabójca magów odwrócił się, podążając za spojrzeniem karmiciela ryb.

Do ogrodu wkroczył szczupły mężczyzna o ciemnych postrzępionych włosach. Miał na sobie białą koszulę i długą kamizelkę. Nogawki spodni wpuszczone były w wysokie buty. Choć nie miał przy sobie broni, Sylwav od razu rozpoznał w nim żołnierza - sprężysty chód, czujne spojrzenie i niemal niezauważalne drgnienie nadgarstka poszukującego broni zdradzały doświadczenie nieznajomego.
Wojownik obrzucił zdawkowym spojrzeniem bosego zabójcę magów, po czym zerknął na karmiciela ryb. Nie zatrzymując się skinął głową na znak powitania.
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.

User avatar
Sylwav
Posts: 123
Joined: Mon, 10 Sep 2007, 22:11
Contact:

Post by Sylwav » Thu, 11 Feb 2010, 22:57

Nie zdążył odpowiedzieć. Nawet gdyby pojawiła się taka mozliwość, wojownik prawdopodobnie nie skorzystałby z niej. Swoją metafora ludzkiego życia nieznajomy zbił rozmówcę z tropu. Zabójca magów nie mógł zrobić nic poza wpatrywaniem się w rondo kapelusza miłośnika rybek, marszcząc przy tym brwi i przechylając głowę, jakby miało to pomóc w ogarnięciu wypowiedzi i ewentualnym ustosunkowaniu się do niej. Udało mu się to w niewielkim stopniu.

- Ja chromolę...

Tylko ślepiec nie zauważyłby, iż kolejny gość wkraczający do ogrodu był wojownikiem. Ciężko było ocenić jego doświadczenie, ale pewnikiem nie był ów jegomość nowicjuszem. To oznaczało, że potencjalny kumpel do kufla był w zasięgu ręki.

- Witam - ukłonił się niedbale w stronę nieznajomego rębajły, dalej lekko zszokowany słowami żywiciela rybek. - Nie widziałem pana wcześniej. Jest pan tutaj nowy?
Last edited by Sylwav on Sun, 28 Feb 2010, 20:11, edited 1 time in total.
Osobnik wysoki, stosunkowo szczupły, lecz odpowiednio wyrzeźbiony. Włosy smoliście czarne, lekko przysłaniające bladą, gładką twarz. Ciemne oczy o nieco szalonym wyrazie współgrają z ironicznym uśmiechem. Postać ubrana jedynie w skórzaną kurtkę, obcisłe spodnie z tegoż samego materiału oraz wysokie buty, wszystko w kolorze czarnym.

User avatar
Cierń
Posts: 83
Joined: Sun, 12 Oct 2008, 02:26

Post by Cierń » Thu, 11 Feb 2010, 23:42

Szeroki uśmiech ogrodnika zaskoczył Ciernia.

Przecież masz już przy boku towarzysza do pogawędek, więc nie jestem ci potrzebny, Panie. Dlaczego właściwie nie ominąłem ogrodu? - wojownik powstrzymał westchnienie. Miał nadzieję, że ostatni dzień jego pobytu w szpitalu minie spokojnie i uda mu się uniknąć marnowania czasu na bezsensowne wymiany zdań; że po prostu wyjdzie nie zatrzymywany przez nikogo, a jedynym wysiłkiem towarzyskim będzie spotkanie, na którym miał się stawić w południe. Słowa, którymi powitał go ogrodnik były na tyle niezobowiązujące, że Cierń mógł się wywinąć jedynie skinieniem. Przynajmniej tak mu się wydawało.
Jednak wtedy odezwał się ten drugi...

No tak... Nie powinienem się właściwie dziwić. Wszyscy w tym szpitalu są niezwykle rozmowni i łakną towarzystwa. Tylko dlaczego akurat mojego? Jest tyle lepszych opcji dookoła...

Uważniej przyjrzał się nieznajomemu. Mężczyzna był odziany w taką samą szatę, jaką wczoraj otrzymał on sam. Niewątpliwie był więc kolejnym pacjentem, jednak na jego ciele nie było widać żadnych ran. Dziwiła też niezwykle blada skóra.

Jakaś dziwaczna choroba czy po prostu nie bywa zbyt często na świeżym powietrzu? I dlaczego nie może sobie gawędzić z ogrodnikiem - on z pewnością ma tyle do powiedzenia o mieście, naturze i życiu...

Wojownik zwolnił i po raz kolejny skinął głową, odpowiadając na pozdrowienie.

- Tak.
Cierń jest wysoki, jak na człowieka. Nie wygląda na wielkiego osiłka, ale dwuręczny miecz przewieszony przez plecy skłania do przemyślenia tej kwestii. Postrzępione, brązowo rude włosy okalają pozbawioną zarostu twarz nie sięgając nawet ramion. Zielone oczy spoglądają na świat ze spokojem i tylko w głębi dostrzec można niepokojące ogniki. Nosi luźne, lekkie ubrania w spokojnych barwach.

Mój czas wkrótce nadejdzie.
Modlę się tylko o dobrą śmierć.

User avatar
Sylwav
Posts: 123
Joined: Mon, 10 Sep 2007, 22:11
Contact:

Post by Sylwav » Fri, 12 Feb 2010, 00:23

- Ciekawe, ciekawe - odpowiedział, potakując jednoczesnie głową. - Szczerze mówiąc jest pan pierwszą osobą, która nie pierdzieli po próżnicy - spojrzał wymownie w stronę ogrodnika. - Na pierwszy rzut oka widać, że bitka to dla pana nie pierwszyzna, a tak sie składa, że szukam w okolicy kogoś, kto naprowadziłby mnie na osoby operujące mieczem na tyle dobrze, by nauczyć mnie czegoś nowego. Miałby pan dla mnie jakieś wskazówki?

Być może ten typek okaże się pomocny. A przy odrobinie szczęścia znajdę jakiegoś karczemnego kompana.

Cierń zatrzymał się i zmarszczył brwi. Po krótkiej chwili wahania spojrzał na ogrodnika.

- Pan des Esseintes doskonale zna miasto. Być może on będzie mógł ci pomóc, Panie.

Sylwav nawet nie spojrzał na mężczyznę, którego mu wskazano. Nie spodobało mu się nawet jego imię.

- Wolałbym być prowadzony za rączkę przez kogoś bardziej w moim typie, jeśli wie pan, o co mi chodzi.

Cierń zauważył pełen zrozumienia uśmiech pojawiający się na twarzy ogrodnika. Des Esseintes skinął mu głową i odszedł w kierunku swoich roślin.
Osobnik wysoki, stosunkowo szczupły, lecz odpowiednio wyrzeźbiony. Włosy smoliście czarne, lekko przysłaniające bladą, gładką twarz. Ciemne oczy o nieco szalonym wyrazie współgrają z ironicznym uśmiechem. Postać ubrana jedynie w skórzaną kurtkę, obcisłe spodnie z tegoż samego materiału oraz wysokie buty, wszystko w kolorze czarnym.

User avatar
Cierń
Posts: 83
Joined: Sun, 12 Oct 2008, 02:26

Post by Cierń » Fri, 12 Feb 2010, 02:15

Cierń patrzył jeszcze przez chwilę na ogrodnika.

Wczoraj miał tyle do powiedzenia, a dziś nagle stał się milczkiem?

Przeniósł wzrok na bladego mężczyznę i zmierzył go wzrokiem.

Więc des Esseintes woli towarzystwo kwiatów od niego?

W sumie nie powinien się dziwić. Swoim zachowaniem ten człowiek przypominał mu co prymitywniejszych najemników, z jakimi miał do czynienia w gorszych czasach.

O proszę, kolejny, co szuka niańki... Może powinni się zaprzyjaźnić i poszukać wspólnie?

- Nie, nie wiem - powiedział chłodno.

I chyba nawet nie chcę wiedzieć...

Sylwav podszedł do rozmówcy, dając jednocześnie wyciągniętą przed siebie reką znak, że nie zajmie dużo czasu.

- Dobra, dobra - uśmiechnął się. - Widzę, że jegomość raczej niechętnie nawiązuje nowe znajomości. Nic na siłę. Ale może skierowałby mnie pan na jakąś stosunkowo normalną osobę, która udzieliłaby mi pomocy? Są tu jacyś wojownicy?

Cierń nie poruszył się, wciąż przyglądając się mężczyźnie z rosnącym zdziwieniem.

Tu? Znaczy w ogrodzie? W szpitalu? W mieście? Stosunkowo normalną? Pomocy?

- Zapewne są - wzruszył ramionami i spojrzał na trzymany w ręku plik kartek.

- Potrzebuję pomocy od kogoś, kto potrafi posługiwać się mieczem. Jako że jestem uziemiony w szpitalu, to na razie muszę poszukiwać wsparcia tutaj. Znajdzie się ktoś?

Cierń rozłożył ręce.

- Nie wiem - powiedział, po raz kolejny wzruszając ramionami. - Powinieneś porozmawiać z kimś, kto zna miasto, Panie.

Zabójca magów przytaknął, po czym minął wojownika, machając mu na pożegnanie.

- Dzięki za pomoc.

Szedł przez chwilę przed siebie, po czym zatrzymał się, zawrócił i spytał:

- W którą stronę mam się skierować, żeby ktoś mi w końcu pomógł?

Cierń spoglądał za dziwacznym mężczyzną z niedowierzaniem. Jego powrót i kolejne pytanie już całkowicie zbiły go z tropu.

Dziwna choroba... W rzeczy samej... To tłumaczyłoby brak widocznych obrażeń...

- Errrm... - przeczesał palcami włosy. - Nie wiem... Może zapytaj kogoś z pracowników szpitala, Panie - wojownik mówił powoli, a w jego głosie pobrzmiewała niepewność.

Sylwav pokręcił głową, jakby nie mógł uwierzyć w to, że sam nie wpadł na takie rozwiązanie.

- Tja... - parsknął. - Gdzie znajdę kogoś z personelu?

Cierń wskazał uzbrojoną w rulon kartek dłonią drzwi, którymi przed chwilą wyszedł z budynku.

- Tym korytarzem do końca - powiedział po raz kolejny powoli i wyraźnie. - Tam znajdziesz doktora Tregartha, Panie.

Sylwav skierował się we wskazanym przez wojownika kierunku i ponownie pomachał mu na pożegnanie.

Cierń stał jeszcze przez chwilę patrząc na odchodzącego pacjenta. Nie miał zielonego pojęcia, czego on właściwie od niego chciał.

Nieważne. Grunt, że już poszedł.

Potrząsnął głową i szybkim krokiem wyszedł ze szpitala. Na chwilę zatrzymał się na placu. Właściwie nie miało znaczenia, w którą stronę się uda. Pamiętał drogę od placu do miejsca, które go interesowało, ale miał jeszcze sporo czasu, więc mógł zwiedzić jakąś inną część miasta. Poszedł więc w przeciwnym kierunku. Nie podejrzewał, żeby Thoris zrobiło na nim dobre wrażenie, ale wolał pospacerować niż zostać w miejscu, gdzie wszyscy czegoś od niego chcieli, a on zwykle nie miał pojęcia, o co im chodziło. Na ulicach miasteczka mógł przynajmniej liczyć na samotność, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało.
Cierń jest wysoki, jak na człowieka. Nie wygląda na wielkiego osiłka, ale dwuręczny miecz przewieszony przez plecy skłania do przemyślenia tej kwestii. Postrzępione, brązowo rude włosy okalają pozbawioną zarostu twarz nie sięgając nawet ramion. Zielone oczy spoglądają na świat ze spokojem i tylko w głębi dostrzec można niepokojące ogniki. Nosi luźne, lekkie ubrania w spokojnych barwach.

Mój czas wkrótce nadejdzie.
Modlę się tylko o dobrą śmierć.

User avatar
Astarael
Mistrz Gry
Posts: 1146
Joined: Sun, 25 Feb 2007, 00:05
Location: Enki-e Shao'Saye
Contact:

Post by Astarael » Sun, 28 Feb 2010, 20:21

Spacer po mieście, zanurzenie w ludzkiej ciżbie, okazały się zbawieniem dla Ciernia - coraz bardziej zirytowanego pensjonariuszami szpitala. Idąc brukowaną ulicą wojownik rozglądał się, zauważając zaciekawione spojrzenia, które jednak nie stawały się wstępem do pozbawionych znaczenia, niechcianych rozmów. Patrzył na ludzi spieszących do swych codziennych spraw, zajętych zakupami lub plotkowaniem: kobiety w koszulach z podwiniętymi rękawami dźwigały wyładowane sprawunkami kosze i pokrzykiwały na rozbrykane potomstwo; brodaci mężczyźni pozdrawiali się skinieniem głowy lub wykrzykiwali coś do siebie; samotny starzec układał pakunki na zaprzężonym w kuca wózku; kudłate psy walczyły o kość...

Thoris było dość rozległe jak na dziurę na pograniczu Imperium, ale życie toczyło sie tutaj niespiesznie - wolniej niż w miastach, które Cierń poznał podczas swoich wędrówek. Mieszkańcy przypominali bardziej wieśniaków - skupionych na codziennych obowiązkach, związanych z ziemią, którą uprawiali, uzależnionych od rytmu pór roku i księżycowych cykli.

Dostrzegał gdzieniegdzie blask złotego łańcucha lub skrzącego się na palcu klejnotu, ale miał świadomość, że prawdziwi "szlachcice" nie zniżyliby się, by zamieszkać w takim miejscu...

Uliczki jak wszędzie w Cesarstwie, targowisko jakich widział dziesiątki, ludzie - tacy sami jak w każdej części Imperium - Thoris nie miało mu do zaoferowania niczego interesującego. Może poza chwilowym odpoczynkiem od tłoczących się w szpitalu doktora Tregartha półgłówków i szaleńców...

Jedyną rzeczą, na jaką bacznie zważał, była wędrówka słońca po niebie. Kontrolował czas, przechadzając się pomiędzy straganami na thoryjskim targu, a jego spojrzenie prześlizgiwało się po ukształtowanych w sylwety zwierząt rękojeściach cienkich mieczy, intensywnych barwach i różnorodnych fakturach tkanin, patrzył na szklane paciorki i żelazne pierścionki, na wyprawione skórki zwierzęce i mnogość dorodnych owoców i warzyw. Starał się ignorować zalewającą go duszną falę zapachów, które tworzyły mieszaninę niemal ogłuszającą. Nie zwracał uwagi na otaczający go gwar - rozmowy tubylców nie miały dla niego żadnego znaczenia.

Pana Ciernia zapraszam NA KAWĘ.
Sylwavie - do sali ogólnej TĘDY.
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.