Wielkie Możliwości

Nadrzeczne miasteczko kupieckie odgrywające niebagatelną rolę w handlu piwem i tkaninami. Miejsce, gdzie dokonuje się nie tylko transakcji handlowych, ale i wymiany informacji...

Moderator: Strażnicy

Post Reply
User avatar
Astarael
Mistrz Gry
Posts: 1146
Joined: Sun, 25 Feb 2007, 00:05
Location: Enki-e Shao'Saye
Contact:

Wielkie Możliwości

Post by Astarael » Thu, 27 Aug 2009, 11:50

Maglor miał za sobą spokojną podróż.
W kilka dni udało mu się pokonać sporą odległość dzielącą jego rodzinną wioskę od wybrzeża. Niesiony energią młodych mięśni i zapałem wzniosłych marzeń o bohaterskiej przyszłości - podróżował szybko i z uśmiechem na ustach. Choć upalna pogoda dawała mu się we znaki, nie pozwalał sobie na narzekanie; zdjął koszulę i maszerował z obnażonym torsem. Bliskość rzeki pozwalała na ochłodzenie i zmycie ze spoconej skóry kurzu i zmęczenia. W gruncie rzeczy – nie miał powodów do narzekania: przyszłość rysowała się przed nim w jaskrawych barwach, a wędrówka nie była trudna.

Dodatkowym plusem było towarzystwo. Chłopak szedł jednym z głównych traktów, więc mijały go liczne wierzchowce i karawany kupieckie. Zawsze trafił się ktoś, z kim można było zamienić kilka słów. Kupcy i ich ochroniarze nie zwracali uwagi na półnagiego młodzieńca w podniszczonych spodniach, ale pomocnicy i woźnice zawsze chętnie zaczepiali mijanych przechodniów, spragnieni plotek lub po prostu pogadania z kimś, kto nie podróżował z nimi od kilku tygodni...
Jednego dnia pomógł naprawić wóz, w którym pękła oś. Robota nie była trudna, choć w prażącym upale nie należała także do najprzyjemniejszych – ale dzięki temu Maglor został ugoszczony mięsem i winem i podwieziony aż do najbliższego zajazdu, gdzie pożegnał się z karawaną.
On sam nie sypiał w karczmach – pieniędzy nie miał dużo, a nie wiedział, jak szybko uda mu się znaleźć zajęcie w mieście. Do tego czasu musiał starać się nie stracić zbyt szybko tego, co miał. A noc pod gołym niebem dla młodego osiłka nie była niczym nadzwyczajnym – układał się na rozłożonym płaszczu, patrzył w gwiazdy i zasypiał szybko, myśląc o lśniącej zbroi i lśniącym szkarłatnym płaszczu powiewającym na wietrze...

Kiedy znalazł się niedaleko miasta, zatrzymał się zaskoczony.
Ascanthia była ogromna! Obronne mury rozciągały się szeroko po obu stronach rzeki, okalając liczne domy, których dachy tłoczyły się obok siebie. Tu i tam wystrzeliwała w niebo wysoka iglica albo wieża, niektóre budynki lśniły bielą lub czerwienią, szklane okna odbijały światło słońca. Koronę potężnego miasta stanowiła tafla widocznego za nim morza – blask słoneczny ślizgał się na falach i mienił się jak niezliczone skarby, opromieniając rozedrganą poświatą masyw skupiska kamienic i świątyń.

Jeśli gdzieś ma się rozpocząć moja Przyszłość, – pomyślał Maglor, - to chciałbym, żeby to było właśnie tutaj...

Im bliżej był miejskich murów, tym wyraźniej czuł słony zapach morza, który mieszał się z niezliczoną ilością miejskich woni. Wiatr mierzwił włosy młodzieńca i chłodził rozgrzaną wędrówką i upałem skórę.
Mijając znajdujących się na straży żołnierzy chłopak skinął im głową. Obrzucili go uważnym spojrzeniem, ale żaden z nich nie powiedział ani słowa.

Za bramą rozciągało się głośne i kolorowe miasto. Jacyś ludzie stłoczeni niedaleko wykrzykiwali coś jeden przez drugiego. Towarzyszący im strażnicy – ubrani tak samo jak ci stojący przy bramie, - wymachiwali rękami próbując zaprowadzić porządek.
Dwie kobiety spieszące dokądś w identycznych granatowych sukniach popatrzyły zaciekawione na spoconego Maglora, po czym zaczęły coś szeptać do siebie i chichotać. Kilka razy obejrzały się jeszcze, zanim zniknęły w tłumie.
Jeździec na koniu manewrował umiejętnie wierzchowcem, starając się unikać przechodniów, którzy nie byli wystarczająco ostrożni, by w porę zejść mu z drogi. Brosza przypięta do jego kaftana lśniła jak powierzchnia morza.

Młody przybysz rozglądał się zaciekawiony, ale i zdezorientowany. Rozmiar miasta i ilość przebywających w nim ludzi zbiły go z tropu. Nie był pewien, co powinien zrobić, dokąd się udać i z kim rozmawiać. Z każdej strony mijali go nieznajomi zajęci swoimi sprawami. W domu wszyscy wiedzieli, kim był – tutaj nagle poczuł się jak kamień na drodze – pozbawiony imienia, bez znaczenia, niezauważalny.
Ale wiedział, że miał przed sobą Cel. Pozostawało mu tylko zacząć go realizować, a wielkie miasto oznaczało przecież Wielkie Możliwości.
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.

Maglor Fefalas
Posts: 6
Joined: Sun, 15 Feb 2009, 23:56

Post by Maglor Fefalas » Sun, 30 Aug 2009, 16:41

Gdziekolwiek nie spojrzał, otaczały go cuda!
Niemożliwe, by w jednym miejscu stało tyle ogromnych budowli. Owszem, słyszał o świątyniach pokaźnych rozmiarów, ale sam takiej w życiu nie widział... A co dopiero paru na raz! Wiara była jego rodzinie kompletnie zbędna - jeśli ktoś miał z tego świata zejść, to schodził niezależnie od wznoszonych modłów. Plony kowalowi nie były potrzebne (jeśli miał spartolić robotę to to uczynił), więc jedynym sposobem na godne przeżycie było poświęcenie się pracy.
W dodatku te budowle lśniły...
Maglorowi podobały się nowe budynki, lecz ich urok trwał do pierwszego deszczu. Po tym czasie wszystko wilgotniało i robiło się byle jakie. Świat nie może istnieć bez deszczu, zatem czy te wieże dopiero powstały?

Nie... Niemożliwe. Ludzie nie potrafią pracować tak prędko i to na takich wysokościach. Chociaż jest ich tutaj naprawdę dużo. Więc to jest efekt MAGII... Tak! - pomyślał, radosny z powodu rozwikłania zagadki. - Gdy nigdzie w okolicy się nie tłuką, czarownicy bawią się w tworzenie takich cudów! Muszą być naprawdę potężni, skoro postawienie takich budowli to dla nich kwestia dni.. Inaczej nie byłyby tak świeże.

Jednak nic nie wywołało takich wrażeń jak morze. Nieograniczona przestrzeń... Błękitna otchłań... Przepotężny żywioł...
Nagle poczuł ciarki na skórze. W myślach spostrzegł siebie, znajdującego się na środku tego zbiornika, rozglądającego się i nie wiedzącego, w którą stronę powinien ruszyć. Powoli traci siły, oddech i bezwładnie daje się ponieść naturze.

Wzdrygnął się, myśląc, że nigdy nie odważy się wejść na pokład statku. Jak ktoś w ogóle może być tak nierozważny, by ryzykować swoim życiem i zdać się na łaskę i niełaskę morskiej potęgi? Czy za mało już krążyło opowieści o strasznych sztormach i wielkich falach, które przewracały łodzie, bądź prowadziły je prosto na skały?

Najwyraźniej za mało, skoro cały czas się pchają. Na szczęście, mam inny plan i walczył będę na lądzie, a nie na statkach! - pomyślał dumnie.

Istniał jeszcze jeden problem, którego nie potrafił rozwiązać: jak zostać strażnikiem?
Nigdy wcześniej nie musiał starać się o posadę... Ojciec po prostu był kowalem, ale Maglor nie mógł po prostu stanąć i rzec: "Jestem strażnikiem! Nieposłuszni i patałachy będą karani!" Wydawało mu się to skrajnie głupie. Jeśli zła osoba zdecydowałaby, że jest strażnikiem, to wszystko pogrążyłoby się w chaosie... Zatem ktoś musiał decydować, czy dana osoba mogłaby strzec prawa, czy nie nadaje się do tego. Ale czy ten "decydujący" będzie sprawdzał każdego człowieka w mieście? Zabrakło by mu na to życia...

Zaraz! Przecież to ja spytałem podróżników, czy nie chcą mojej pomocy przy wozie. Oni wtedy przytaknęli... Więc muszę znaleźć "decydującego" i poprosić, by uczynił mnie strażnikiem! - Drugi rozwiązany problem jeszcze bardziej poprawił jego nastrój. Ledwo co znalazł się w mieście, a już rozwiązał dwie zagadki.
Gdy tylko uzyska zgodę "decydującego", założy prawdziwą zbroję strażnika i pewnym krokiem przemaszeruje przez ulicę, by pilnować porządku...

Zazdrościł tym, którzy pilnowali rozkrzyczanych ludzi. Być może już wkrótce będzie jednym z nich...
Podszedł do zbiegowiska, chcąc się przypatrzeć reakcji straży, a przy okazji chciał zamienić z nimi parę słów. Przecież kto, jak nie oni, powinien znać sposób na wejście w ich szeregi? Miał tylko nadzieję, że będą skorzy do współpracy.
Last edited by Maglor Fefalas on Mon, 31 Aug 2009, 23:11, edited 1 time in total.

User avatar
Astarael
Mistrz Gry
Posts: 1146
Joined: Sun, 25 Feb 2007, 00:05
Location: Enki-e Shao'Saye
Contact:

Post by Astarael » Mon, 31 Aug 2009, 23:14

- Nie pcijechałem do tego miasta, czeby być popichanym! - wrzeszczał smagły człowiek w dziwacznym białym stroju. Miał okrągłą, gładko ogoloną twarz i gęste czarne włosy. - Dostaliśmy zaprosienie! Lalita! Bhadagar' inganu ma-ta zarranghan! - krzyknął do korpulentnej kobiety w czerwonej sukni.

- Powtarzam ci przecież, durniu, - warczał strażnik o wodnistych niebieskich oczach, - że choćbyś nawet był wezwany przez samych swoich pogańskich bogów, to masz takie same obowiązki, jak wszyscy inni wjeżdżający do Ascanthii kupcy!

Handlarz wyciągnął ramiona ku niebu i wyrzucił z siebie ciąg gwałtownych słów w nieznanym Maglorowi języku.

- Wsziści kupcy?! - zawołał przechodząc na wspólną mowę. - A czi ja jestem wsziści?! Nie, nie, nie, nie, nie, straźnik-dhuni. Ja nie jestem wsziści kupcy! Ja nie jestem jakiś tam kupiec! Ja, straźnik-dhuni, jestem Rajesh Ramayan Koothrapali – najlepsi handlarz jedwabiem i psiprawami, jaki kiedykolwiek przeszedł przez tę bramę!

Mężczyzna pociemniał na twarzy i wymachiwał zaciśniętymi pięściami, na których połyskiwały wielkie pierścienie. Kobieta, która wreszcie wcisnęła mu do ręki jakiś papier, dołączyła do kupca szwargocząc podniesionym tonem w swoim dziwnym języku. Kilka osób o takim samym ciemnym kolorze skóry pilnowało stojących opodal wozów.

- Myto płaci każdy, nieważne, czy najlepszy, czy najgorszy! - wrzeszczał strażnik, przyciskając dłoń do czoła. - Nie obchodzi mnie, co o tym myślisz ty, czy twoi ziomkowie! Zasady są dla wszystkich takie same! A jak się nie podoba, panie Kutra-putra, to możemy dokończyć tę rozmowę w areszcie! Założę się, że zmiękniesz jak meduza na piasku, jak sobie posiedzisz kilka dni pod kluczem!

Stojący za swoim przełożonym strażnicy zarechotali i wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
Ciemnoskóry kupiec usunął wstążkę, którą przewiązany był przyniesiony przez kobietę papier i zaczął wymachiwać dokumentem przed nosem zaskoczonego gwardzisty.

Maglor zdał sobie sprawę, że tłum wokół miejsca awantury powiększał się z każdą chwilą – ludzie przystawali zaintrygowani hałasem, a potem z zaciekawieniem obserwowali przebieg wydarzeń. Co chwilę słychać było czyjś śmiech lub komentarze:

- Bezczelne brudasy!
- Panie władzo, dajcie spokój!
- Myto płacą wszyscy. W czym niby ci są lepsi od nas?
- Zamknij się pan!
- Nie, no, dajcie spokój! Przecież tak nie można!
- Niechże się pani tak nie pcha!

Dowódca strażników zdołał wyrwać pergamin handlarzowi. Rozwinął go i odczytywał powoli. Wreszcie otarł czoło i pobladł nieco.

- Cóż... - wyjąkał. - To zmienia nieco postać rzeczy...
- Oczywiście, że zmienia! - tryumfował kupiec dumnie zadzierając głowę. - jego łaśkawość dowie się osziwiście o tym wydarzeniu!
- Nie sądzę, żeby trzeba było... - w niezwykłym tempie gwardzista tracił pewność siebie.
- Osziwiście, że trzeba! Takie traktowanie! - wrzeszczał ciemnoskóry tocząc wokół wzrokiem zwycięzcy. - Zasłużil pan na karę i dopilnuję, żebi jego łaśkawość o tym nie zapomniał!

Strażnik oddał kupcowi dokument i rozejrzał się. Napotkał zdezorientowane twarze swoich ludzi i wyczekujące spojrzenie tłumu.

- A co to za zbiegowisko?! - ryknął nagle. Nawet wciąż pomstujący kupiec podskoczył i zamilkł natychmiast. - Rozejść mi się, ale już! Roboty żadnej nie macie?! Ruchu ulicznego nie tamować!

Podkomendni żwawo zabrali się do powtarzania rozkazów przełożonego, przerzedzając zbiegowisko krzykiem, poszturchiwaniem, a nawet – czasem – kopniakami.
Kupiec i jego towarzysze szybko wskakiwali do wozów.
Ludzie zaczęli się rozchodzić.
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.

Maglor Fefalas
Posts: 6
Joined: Sun, 15 Feb 2009, 23:56

Post by Maglor Fefalas » Mon, 7 Sep 2009, 23:17

Czy on?... Nie... Nie może być człowiekiem. Przecież on mówi jakoś inaczej... Ale się nie różni od nas niczym szczególnym poza wymową. Dziwne. Rodzice nie mogli go nauczyć porządnego wysławiania się, tylko pozwolili mu na dziecinne świergotanie przez cały czas? Mój ojciec by mnie w końcu zlał, gdybym nieposłusznie nie chciał się czegoś nauczyć. Ech... Czasami nazywają to pobłaszyliwością. A to trzeba niesfornemu młokosowi z raz, dwa przylać i będzie ładnie mówił. Chyba, że chory...

Zaczął człowiekowi współczuć. Chętnie by mu przekazał swoje ciepłe słowa, ale nie miał teraz na to czasu. Gdy kiedyś go jeszcze spotka, poobserwuje go uważniej, jeśli los będzie sprzyjał.

Miasto przynosiło coraz to nowsze wrażenia. Oprócz niezrozumiałego języka spostrzegł także oryginalne szaty: A przecież one są kompletnie niepraktyczne... Taką biel to mogą baby do ślubu założyć, ale w robocie takie coś się upaskudzi i tyle z niej pożytku. Pewnie jutro będzie trzeba założyć nową. Ale jeśli go stać na praczki...

Przede wszystkim jednak miał pierwszy raz do czynienia z prawdziwą strażą. Czuł się jak gdyby spełnił swoje małe marzenie. Właśnie spotkał swoje wzorce do naśladowania! Przecież on chciał być właśnie taki jak oni! Wielkimi oczyma wpatrywał się w reakcję wobec buntowniczego kupca, a później zakończenie sporu i próbę rozpędzenia tłumu.

Tylko dlaczego oni kopią? Czy w mieście jest aż tylu patałachów, że takie traktowanie każdego daje wysokie prawdopodobieństwo trafienia w łotra? To niemożliwe, by strażnicy byli ludźmi tak nieczystymi, żeby traktowali poddanych źle. Muszą mieć przecież dobre serca, by służyć całemu społeczeństwu. Inaczej "decydujący" nie wybrałby ich.

Nadszedł czas zrobienia jakiegoś kroku. Strażnicy zaraz wrócą do swoich zwykłych zajęć i nie będzie mógł przeszkodzić im w pracy. Należało teraz wykonać gest, zaczepić "decydującego" w tym małym oddziale i poprosić go o pomoc.

Chwila skupienia na znalezienie odpowiednich, nie rażących słów, moment na złapanie powietrza i już znalazł się przy tym, który krzyczał najgłośniej:

- Panie! Panie! Jam jest Maglor Fefalas. Chcę być taki jak Wy, Panie! Chcę należeć do straży! Proszę Cię, byś wskazał mi, gdzie mogę być strażnikiem.

Nieudolnie chciał naśladować podsłuchany u brata pseudo-żołnierski żargon. Wiedział, że mu się to nie powiodło, lecz najistotniejszym było nie dopuścić do traktowania go jak głupiego wieśniaka. Bądź co bądź, mieszkał na wsi, ale był synem kowala, nie parobka.

Ukłonił się prędko, nie chcąc na długo spuszczać z oka przywódcy grupy. Chciał dokładnie widzieć każdy jego grymas, najmniejsze drgnienie powieki. Jeśli wypadł pozytywnie, być może zasłuży na jego poparcie w przyszłości. Każdy krok stawał się istotny, ale to nic... Przecież właśnie patrzył z nadzieją na własną przyszłość.
Last edited by Maglor Fefalas on Tue, 6 Oct 2009, 03:15, edited 1 time in total.

User avatar
Astarael
Mistrz Gry
Posts: 1146
Joined: Sun, 25 Feb 2007, 00:05
Location: Enki-e Shao'Saye
Contact:

Post by Astarael » Tue, 6 Oct 2009, 03:20

Strażnik zmierzył wzrokiem półnagiego chłopaka. Przez chwilę Maglorowi wydawało się, że zaraz potraktuje go tak samo jak wcześniej zgromadzony tłum, ale grymas irytacji na twarzy mundurowego bardzo szybko zastąpiło niedowierzanie. Sekundy dłużyły się niemiłosiernie, a gwardzista nadal nic nie mówił. Syn kowala nie był pewien co w jego słowach aż tak zaskoczyło rozmówcę, ale przedłużająca się cisza nie wydawała się wróżyć nic dobrego. Młodzieniec nerwowo przeczesał dłonią włosy, zastanawiając się gorączkowo, co jeszcze mógłby dodać. Kiedy ponownie otworzył usta, przedstawiciel prawa zaśmiał się serdecznie, tym samym przerywając krępujące milczenie.

- Witaj w Ascanthii, chłopcze - w jego głosie pobrzmiewało zadowolenie. Wyglądało na to, że zupełnie zapomniał o nieprzyjemnym incydencie z kupcem. - Musisz udać się do strażnicy przy wschodniej bramie - machnął ręką wskazując kierunek. - Tam zgłoś się do działu rekrutacji. Kaprala Parsleya z pewnością ucieszy twój widok. - Strażnik uśmiechnął się porozumiewawczo i przyjaźnie poklepał chłopaka po ramieniu. - Powodzenia!
Zanim Maglor zdążył cokolwiek odpowiedzieć, mężczyzna zniknął w tłumie, a jego ludzie podążyli za nim.
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.

Maglor Fefalas
Posts: 6
Joined: Sun, 15 Feb 2009, 23:56

Post by Maglor Fefalas » Sat, 17 Oct 2009, 23:55

- Przyjąłem, dziękuję i... odmeldowywuję się, Panie! - wykrzyczał uradowany. Stanął na baczność i odwrócił się w stronę wyznaczonego przez strażnika kierunku.

Jeszcze nie biegnij... Jak by to wyglądało, gdybyś jak młokos ruszył z kopyta, by pobiec do mamusi po łakocie? Nadszedł czas zachowywania się jak wojownik.

- Będę strażnikiem! Hihi! - mruknął radośnie pod nosem.

Dokładnie tak, jak przykazał mi ojciec... - Nie mógł uwierzyć w nieprawdopodobne szczęście, które go spotkało. Wskazano mu drogę do miejsca, gdzie przyjmą go do służby... To stawało się tak banalnie proste! Czy zatem cała ścieżka paladyna stanie się tak łatwa?
Na pewno nie przestanie być czujnym, bo musi wspinać się po kolejnych drabinkach kariery, ale wszystko mu przychodziło z tak małym wysiłkiem. Jakby miał niesamowite szczęście!

Szczęście, a być może to tak wspaniali ludzie mnie otaczają. Ten przywódca wydawał się być dobrym człowiekiem. Nie odmówił mi pomocy w błahej dla niego sprawie, ale dokładnie powiedział, co mam czynić i życzył powodzenia. Pomógł potrzebującemu! Zatem był krystalicznego serca... Rzadko spotyka się takich ludzi. Jedynym człowiekiem o krystalicznie czystym sercu, jakiego spotkałem dotychczas, był mój tato... A tu?! Od razu, przy pierwszym kroku spotkałem takiego kogoś. Może więc wszyscy żołnierze są krystalicznie czystego serca?

Znajdował się już poza zasięgiem wzroku strażnika, więc rozpoczął bieg do wschodniej bramy. Starał się trzymać głównego chodnika, nie skręcać w żadne zaułki, bo najpewniej wtedy trafi na strażnicę. Co jakiś czas umykał przed kolizją z innymi piechurami, nie chcąc ich potrącić oraz nie mając czasu na dyskusję z nadgorliwymi o pięknym dniu.
Teraz miał się zaciągnąć...

A co, jeśli ja nie mam dobrego serca? Jeśli nie nadaję się na to, by strzec mieszkańców Ascanthii? Jak oni to sprawdzą? Zapewne nie powinni uwierzyć mi na słowo, że jestem prawdomównym prostym człowiekiem, który pragnie chronić innych przed patałachami...

Pojawiły się pierwsze wątpliwości: "a co, a jeśli...". Maglor nie miał drogi powrotnej, więc mógł iść tylko naprzód. A naprzód oznaczało realizację celu. A to z kolei mówiło o tym, że zostanie strażnikiem, a później paladynem, czy to się będzie komuś podobało, czy też nie! I basta!

I mam krystalicznie czyste serce... - w końcu uporczywa wiara zamienia przekonanie w fakt.
Last edited by Maglor Fefalas on Sun, 18 Oct 2009, 22:21, edited 1 time in total.

User avatar
Astarael
Mistrz Gry
Posts: 1146
Joined: Sun, 25 Feb 2007, 00:05
Location: Enki-e Shao'Saye
Contact:

Post by Astarael » Sun, 18 Oct 2009, 22:24

Biegnąc wzdłuż muru okalającego miasto miał pewność, że trafi do swego miejsca przeznaczenia.
Ignorował odsuwających się pospiesznie mieszczan i pełne oburzenia krzyki i wyzwiska rzucane przez potrącanych przez niego ludzi. Nikt i nic nie mogło go powstrzymać przed wypełnieniem przeznaczenia. Teraz już był pewien, że Bogowie przychylnie patrzyli na jego marzenia i postanowili pomóc mu w ich urzeczywistnieniu.

Skręcił gwałtownie, by minąć grubą kobietę z wiklinowym koszem i wpadł na coś twardego i ciepłego.
Przestraszony koń stanął dęba wierzgając kopytami. Ktoś zaczął krzyczeć. Maglor pośliznął się i upadł na plecy, tuż pod nogi spłoszonego zwierzęcia, o którego pierś uderzył.
Zrobiło mu się ciemno przed oczami.
* * * - ...wina. Przecież był tak samo przestraszony jak koń! - mówił niski, kobiecy głos gdzieś niedaleko.

- Kara i tak mu się należy! A gdyby coś stało się tobie? - pytał poirytowany mężczyzna.

- To zabrałbyś mnie do medyka – ucięła kobieta. Maglor poczuł chłodną wilgoć na czole. - A pastwienie się nad tym mężczyzną na pewno w żaden sposób nie wpłynęłoby na poprawę mojego stanu.

- I tak uważam...

- A ja się nie zgadzam. - W ciepłym dotychczas głosie nieznajomej zabrzmiała nieugiętość hartowanej stali.

Syn kowala powoli otworzył oczy i podniósł dłoń do czoła. Dotknął delikatnej dłoni przytrzymującej mokrą szmatkę.

- Nic się panu nie stało? - Chłopak popatrzył w piękną twarz o kształtnych ustach i lśniących oczach. Pokręcił głową. - Może pan wstać? Mam nadzieję, że mój wierzchowiec nie zrobił panu krzywdy...

- Całe szczęście, że ten prostak nie zrobił krzywdy wierzchowcowi – mruknął męski głos.

Maglor usiadł powoli i rozejrzał się ostrożnie.
Wokół niego zgromadził się już tłum ludzi patrzących ciekawie na półnagiego młodzieńca i schyloną nad nim wykwintną kobietę. Dama miała na sobie szarą spódnicę i skórzaną kurtkę. Lśniący jak ogień w palenisku warkocz owinęła sobie wokół głowy.
Jej towarzysz stał nieopodal, trzymając cugle pary pięknych koni. Wyglądał na niezadowolonego i z niechęcią patrzył na dochodzącego do siebie chłopaka.

- Jak się pan czuje? - pytała nadal kobieta. Wciąż przytrzymywała mokry okład na czole Maglora.
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.

Maglor Fefalas
Posts: 6
Joined: Sun, 15 Feb 2009, 23:56

Post by Maglor Fefalas » Sun, 6 Dec 2009, 02:06

- G...g...gdzie ja jestem? - Wykrztusił z siebie, gdy tylko odzyskał przytomność. Obraz jaki spostrzegł, usadowił go na ziemi.

- Com ja uczynił? - Zaczął się zastanawiać, co się stało, gdy dotarło do niego, kto się nim opiekował.

Zbadał dokładnie rysy jej twarzy, by wreszcie dotrzeć do ubioru. Przecież tak nie ubierają się zwykłe kobiety. To była prawdziwa szlachcianka! Pierwszy raz mógł taką ujrzeć z bliska...
Dzieci rzemieślników mogły zaledwie krążyć wokół orszaku szlachty, gdy ci łaskawie zechcieli przejechać przez wioskę. Co dopiero mieć kontakt z kimś tak niezwykłym! Ponadto zwykle była to grupa wyłącznie wysoko urodzonych mężczyzn podążających w poszukiwaniu jakiejś rozrywki. Na palcach jednej ręki mógł policzyć, ile razy widział damę.
A ona z nim rozmawiała...

- Pani! Jam niegodny! - odskoczył przestraszony.

Słyszał od ojca, że ci wyżsi mogli bez konsekwencji podnieść rękę na chłopa, gdy tylko ten zhańbił ich imię. Być może nie ona, ale jej towarzysz nie zawahałby się go uderzyć z racji tego wypadku.
Teraz należało jak najprędzej zakończyć niezręczną sytuację, aby nie prowokować tego mężczyzny.

- Ja dziękuję! Już wszystko dobrze! Uprzejmie przepraszam! I dziękuję! I przepraszam... przepraszam... - mówił, podnosząc się, chyląc głowę i starając się wycofać.
Last edited by Maglor Fefalas on Tue, 12 Jan 2010, 05:17, edited 1 time in total.

User avatar
Astarael
Mistrz Gry
Posts: 1146
Joined: Sun, 25 Feb 2007, 00:05
Location: Enki-e Shao'Saye
Contact:

Post by Astarael » Tue, 12 Jan 2010, 05:18

Kobieta podniosła się powoli, patrząc ze zdziwieniem na przerażonego chłopaka.
Płomiennorude włosy starannie splecione w koronę z warkoczy okalały piękną twarz o regularnych rysach. Wąski nos i wydatne kości policzkowe nadawały jej nieco drapieżnego wyglądu, łagodzonego przez delikatne usta i ciepłe spojrzenie oczu o kształcie migdałów. Ze zdziwieniem zauważył, że każde z nich miało inny kolor - jedno lśniło błękitem, a drugie - intensywną zielenią.

- Naprawdę uważam, - powiedziała spokojnym tonem, - że powinien obejrzeć pana medyk. Stracił pan przytomność, choć wierzę, że udało się panu uniknąć końskich kopyt...

Cofający się Maglor nadepnął komuś na nogę, po czym został popchnięty w stronę pięknej damy. Uświadomił sobie, że za plecami ma tłum gapiów ciekawych, co wydarzy się dalej. Najwyraźniej odcięto mu drogę odwrotu...

Zdawał sobie sprawę, że ciekawość stanowiła potęgę przykuwającą ludzi w miejscu do chwili, gdy okazało się, że atrakcje się skończyły...

- Przecież powiedział, że nic mu nie jest - mruknął trzymający konie mężczyzna. - Zostawmy go w spokoju i jedźmy dalej.

Maglor poczuł kiełkującą w nim nadzieję.

- Byłabym spokojniejsza, wiedząc że trafił pan w dobre ręce - dama zdawała się nic sobie nie robić z uwag towarzysza. - Bez wątpienia ktoś - wyraźnie zaakcentowała to słowo - chętnie zaprowadzi pana do lekarza.

Tłum zafalował. Za plecami chłopaka rozległo sie szuranie wielu par butów.

- Dwie ulice stąd mieszka stara Katarzyna - powiedział ktoś z tyłu. - Dobrze zna się na leczeniu. To niedaleko...

Przestraszony chłopak podniósł wzrok i spojrzał na ciemnowłosego wyrostka, który podszedł do niego i skłonił się przed szlachcianką.
Kobieta skinęła głową i uśmiechnęła się z zadowoleniem. Szybko zbliżyła się do Maglora i jego przewodnika.

- To za fatygę i usługi znachorki - włożyła kilka monet w dłoń odważnego urwisa, po czym przeniosła uwagę na onieśmielonego Fefalasa. - Gdyby potrzebował pan jakiejś pomocy, proszę dać znać. Mieszkam w pensjonacie panien Minchin. Naprawdę bardzo mi przykro. Życzę zdrowia.

Stojąc wciąż ze spuszczoną głową, Maglor widział jedynie, jak zafalowała szara spódnica. Potem usłyszał pobrzękiwanie uprzęży i powolny stukot kopyt o bruk.

Tłum zaczął się rozchodzić.

- To jak? Idziemy? - zapytał młody ulicznik, patrząc wyczekująco na oszołomionego mężczyznę.
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.

Maglor Fefalas
Posts: 6
Joined: Sun, 15 Feb 2009, 23:56

Post by Maglor Fefalas » Sun, 31 Jan 2010, 02:15

Toż to nie szlachcianka, a księżniczka... - baśniowo nastawiony chłopak zdążył już umieścić kobietę we właściwym miejscu jego przepięknej historii o wspaniałym paladynie, jakim w przyszłości się stanie. Tylko jej towarzysz, zapewne przeznaczony jej niegodziwy książę, stał na jego drodze, chcąc go znieważyć lub pobić. Bądź jedno i drugie.

Powinien teraz zaatakować szlachcica, udowadniając dziewoi swoją męskość. Nie wyszedłby wtedy na dziwnego prostaka, za jakiego musieli go mieć...

Ale on mnie zabije... – pomyślał, oceniając przebieg walki. – Nawet gdybym był szybszy, to ten tłum mnie zabije za niego!

W jego oczach ponownie zagościł strach. Lekceważąc obowiązki wobec damy zdecydował się na ratowanie własnej skóry. Dumny to on będzie, siedząc na koniu w zbroi, a nie podnosząc się z bruku.

- Ja nic... – zamruczał pod nosem.

Kątem oka spoglądał za kobietą, wciąż nie mogąc się zdecydować, czy jest bardziej przerażony, rozżalony, czy skołowany. Dopiero chłopak przywrócił mu krztynę świadomości, więc roztargniony ruszył za nim nie wypowiadając ani słówka.
Last edited by Maglor Fefalas on Fri, 19 Feb 2010, 23:43, edited 1 time in total.

User avatar
Astarael
Mistrz Gry
Posts: 1146
Joined: Sun, 25 Feb 2007, 00:05
Location: Enki-e Shao'Saye
Contact:

Post by Astarael » Fri, 19 Feb 2010, 23:45

Ulicznik szedł szybko, mówiąc jeszcze szybciej:

- Stara Katarzyna może i nie jest najmilsza, ale to najlepsza znachorka w tej okolicy. Jak zobaczy kasę, to zrobi co trza. Tylko nie mówcie nic złego o tym jej śmierdzącym psisku... - zatrzymał się gwałtownie i odwrócił w stronę Maglora. - Najlepiej nawet wcale na niego nie patrzcie! Ona ma zupełnego szmergla na jego punkcie. Więc ani słowa! Naprawdę...

Nie czekając na odpowiedź, ruszył dalej, nie przerywając swej gadaniny.

- W ogóle lepiej przy niej się za wiele nie odzywać. Jest dość drażliwa. Ale jak weźmie brzęki, to nałata was tak, jakby wam się nic nie stało.
Widziałem już takich, co to ich nożami pociachali, a jak się Katarzyna za igłę złapała, toś po miesiącu nie umiał powiedzieć, że im się kiedy co złego stało! Tylko obrazić jej nie można, bo drażliwa jak osa! Niech się jej tyko wyda, żeście na nią krzywo spojrzeli, to już się zabierajcie i się nie oglądajcie za siebie, bo nie tylko słowem grubym, ale i czasem jakim sprzętem rzucić może!
Koślawy Aden kiedyś do niej przyszedł z dziurą w ramieniu, co to mu jakoweś draby w porcie wyrzezały, i jak mu gorzałą na ranę polała, przeklinać ją zaczął, że głupia. Do dzisiaj ma blizny na gębie. Tak mu w pysk przylała! A że w łapie butelkę trzymała, to mu ją na pysku rozbiła!

Chłopak zaśmiał się i mrugnął okiem, patrząc na Maglora.

- Uciekał przed nią, aże się za nim po ulicach błocko rozbryzgiwało! I już jej się nigdy na oczy pokazać nie odważył. Co pewnikiem i dobrze, bo by mu pewnie jeszcze czym poprawiła...
No dobra, tośmy doszli - powiedział zatrzymując się wreszcie.

Stali przed niedużym drewnianym domem, który wyglądał, jakby siłą wciśnięto go pomiędzy dwa wyższe i bardziej okazałe budynki. Pomalowane na żółto drzwi były uchylone. W otwartych na oścież oknach pyszniły się niebieskie kwiaty i soczyście zielone zioła posadzone w glinianych garncach. Na progu leżało coś, co przypominało stertę brudnej wełny i śmierdziało jak padlina leżąca tam od kilku dni. Dziwny twór poruszył się i podniósł kudłaty łeb, patrząc na przybyszy. To musiał być pies, o którym wspominał chłopak, tym bardziej, że ulicznik spojrzał porozumiewawczo na Maglora i pokręcił przecząco głową, kładąc palce na ustach.

- Czcigodna Katarzyno! - krzyknął. - Przyprowadziłem wam klienta! Zderzył się z koniem i łeb mu pęka! Dobrze zapłaci za wasze medykamenty!

Po chwili w drzwiach stanęła postawna starucha o pomarszczonej ogorzałej twarzy. Suta spódnica przykryta brudnym fartuchem sprawiała, że Katarzyna wyglądała jak ogromny grzyb. Ciemne włosy, w których z rzadka dostrzec można było pasmo siwizny, splecione miała w długi, przerzucony przez ramię warkocz.

- A co on, baran jakiś, że się z koniami łbami trąca? - burknęła starucha mocnym, nieco schrypniętym głosem. Wytarła pulchne dłonie w fartuch i delikatnie odsunęła psa nogą.

- Niech wejdzie - powiedziała patrząc na Maglora. - I niech opowie, skąd mu się takie głupie pomyślunki biorą.

Popychany przez chłopaka Fefalas wszedł do środka za Katarzyną.
Ku jego zdumieniu, w środku było jasno i czysto. Wyszorowany do białości stół przykryty lnianą serwetą, dwa krzesła, wymieciony kominek i wysoki kredens stanowiły podstawowe wyposażenie domu. Płachta materiału zwieszała się od powały zasłaniając część izby.
Na stole rozłożone były suszone zioła, żelazny moździerz, kilka miseczek i trzy butelki z ciemnego szkła.

- Niech siądzie - niski głos gospodyni sprawił, że Maglor wzdrygnął się mimowolnie; - i opowiada...
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.

Return to “Ascanthia”