Azyl

Witajcie w kupieckim miasteczku Thoris!

Moderator: Strażnicy

User avatar
Astarael
Mistrz Gry
Posts: 1146
Joined: Sun, 25 Feb 2007, 00:05
Location: Enki-e Shao'Saye
Contact:

Azyl

Post by Astarael » Wed, 5 Aug 2009, 12:07

Po kilku minutach spaceru Lalaith wyszła na zalany słońcem plac, w którego centrum stał wysoki kamienny pomnik – kamienny brodacz wspierał się na lasce, a u jego stóp siedział kudłaty pies. Starzec zdawał się być wielkim mędrcem.
Kamienice wokoło skrzyły się barwami i odblaskami słońca w szklanych oknach. Fronty zdobiły płaskorzeźby przedstawiające najróżniejsze stworzenia – nie tylko prawdziwe, jak orły, konie i wilki, ale i fantastyczne smoki, jednorożce i hydry.

Kopuła, która zwabiła dziewczynę do tego miejsca, wieńczyła budynek znajdujący się tuż obok wielkiej budowli ze śnieżnobiałego kamienia, która celowała w niebo licznymi smukłymi wieżami.
Lalaith rozglądała się wokół z otwartymi ustami – nie wyobrażała sobie nawet takiego przepychu, takich piękności, takiego majestatu...

Jej wzrok padł na nieco mniejszy budynek, stojący w niewielkim oddaleniu od majestatycznych wież – skromna szara fasada ozdobiona była rzeźbionymi girlandami owoców i liści. Jedynym charakterystycznym elementem na ścianie były gładkie białe kolumny, pomiędzy którymi znajdowały się drzwi. Nie to jednak przykuło uwagę Lalaith; pomiędzy znajdującymi się nad wejściem kamiennymi jabłkami i winogronami wyrzeźbiono uskrzydloną laskę z owiniętymi wokół niej dwoma wężami – charakterystyczny symbol medyków i aptekarzy.
Zawahała się, nie wiedząc, którą drogę wybrać – do świątyni, czy do szpitala.
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.

User avatar
Lalaith
Krzykaczka
Posts: 176
Joined: Sat, 26 May 2007, 20:19
Location: z Dalekiej Drogi
Contact:

Post by Lalaith » Tue, 11 Aug 2009, 17:10

Świątynia kusiła oczy blaskiem i przepychem. Przy niej szpitalik wydawał się niemal miejscem ascezy i kontemplacji. Lalaith wahała się chwilę, jednak ostatecznie skierowała swe kroki ku drzwiom szpitala.

Posiniaczona, zakurzona i głodna, nawet jeżeli pragnęła kojącego zapachu kadzidła, dźwięku modlitw i duchowej pociechy, wydawała się sobie niegodna przekroczyć próg tak majestatycznej budowli. Zresztą, nie dostrzegła jak dotąd wśród bogatej ornamentyki ani jednego wyobrażenia swej bogini – pięknej kobiety z wiankiem z kłosów na głowie.
Zdążając do drzwi szpitala starała się wyglądać w miarę przyzwoicie. Musi poprosić o pomoc, i pokazać, że symbol kaduceusza nie jest jej obcy – odpłacić swoją wiedzą za gościnę.

- Nie mam przecież ani grosza, nie mam nic, co mogłabym sprzedać – tylko to, co wiem o uzdrawiającej mocy ziół… Mogę tutaj pomagać, kto wie, może nawet znaleźć pracę i kąt do spania? Przecież rąk do pracy przy chorych nigdy nie jest za wiele… - przypomniała sobie. W świątyni Diyoli bywały przecież dni, kiedy nie spała w nocy ani godziny, bo ktoś zawsze musiał czuwać przy najciężej chorych.

Stanąwszy naprzeciw solidnych drewnianych drzwi, otoczona z obu stron pięknymi kolumnami, niczym wartownikami strzegącymi spokoju chorych, zastukała niepewnie.

- Teraz tylko spokojnie… - upomniała się w myślach. Jeżeli będzie tu stać drżąc jak liść na wietrze i jąkając się jak wioskowy przygłup, nikt nie zechce jej wysłuchać. Przez tak krótką chwilę w mieście zdążyła już zrozumieć, że biedakami nikt się nie przejmował, jeżeli nie mieli nic do zaoferowania. Ona zaś miała sporą wiedzę i talent do leczenia, musiała to tylko udowodnić podczas najbliższej nadarzającej się okazji.

Czekała aż drzwi się otworzą…
Last edited by Lalaith on Wed, 12 Aug 2009, 00:51, edited 1 time in total.
Być beznadziejnie niepewnym i szaleńcem nadziei
~~~~~~~~~~~~
Dziewczyna o delikatnej urodzie; długie rzęsy, bursztynowo zielone oczy. Usta w kolorze płatków maków. Krótko ścięte kręcone włosy w kolorze kasztanowo rudym nadają jej nieco zawadiacki wygląd. 160cm wzrostu i 55kg.

User avatar
Astarael
Mistrz Gry
Posts: 1146
Joined: Sun, 25 Feb 2007, 00:05
Location: Enki-e Shao'Saye
Contact:

Post by Astarael » Wed, 12 Aug 2009, 00:52

Po kilku chwilach zaczęła się niecierpliwić. Dlaczego nikt nie przychodził otworzyć? Chyba powinni czuwać na wszelki wypadek, gdyby pojawił się ktoś ciężko ranny? A jednak drzwi pozostawały zamknięte na głucho. Uderzyła jeszcze kilka razy - tym razem mocniej. Nadal jednak nie wywołało to żadnej reakcji.

- Es Shamhar-thur oh Taell'Naghi-ga! - rozległo się za jej plecami. Głos był poirytowany, ale bardzo śpiewny. Kapłanka odwróciła się.

Kilka metrów dalej brunetka w barwnej spódnicy zbierała rozsypane jabłka. Czerwone owoce musiały wysypać się z któregoś z dwóch wyładowanych po brzegi koszy, które teraz stały na ziemi - w każdym z nich zgromadzona została taka obfitość produktów spożywczych, że Lalaith gwałtownie przełknęła ślinę.
Przeniosła wzrok na dziewczynę, która miała na sobie prosty strój, ale prezentowała się w nim jak boginka urodzaju - kolorowe kwiaty na ciemnej spódnicy lśniły i mieniły się przy każdym jej ruchu, a biała koszula kontrastowała z czarnymi włosami. Nieznajoma mruczała coś pod nosem i gwałtownie wrzucała jabłka do kosza.
Lalaith bez słowa podeszła, aby pomóc. Podniosła dwa owoce i powoli ułożyła je pomiędzy zakupami. Sięgnęła po kolejny i jej palce dotknęły ciepłej skóry nieznajomej. Uderzył ja kontrast pomiędzy delikatną karnacją dziewczyny i brudną, podrapaną powierzchnią jej własnej dłoni. Cofnęła ją szybko i ukryła za plecami.

- Dziękuję bardzo - głos także byl delikatny, niemal czuły. - Te kosze są strasznie ciężkie. Przez całą drogę z targu zatrzymywałam się co jakis czas, żeby odpocząć, ale na koniec oczywiście musiałam sobie udowodnić, jaka jestem silna! - dziewczyna zaśmiała się cicho, jakby zawstydzona.

Lalaith spojrzała w zarumienioną twarz nieznajomej. Regularne rysy i wyraziste kości policzkowe, doskonale gładka cera, kształtne usta i równe białe zęby - dziewczyna była bardzo ładna i chyba bardzo młoda. Uśmiechała się szczerze, choć zdawała się być nieco zakłopotana. Spod zbyt długiej czarnej grzywki widać bylo bursztynowy blask oczu.

- Następnym razem chyba wezmę ze sobą muła - kontynuowała brunetka śmiejąc się. - Albo taczki! To wprost niewyobrażalne, żeby chorzy ludzie mieli takie apetyty. Najpewniej jest tak, jak mówi Mistrz Vardalien: to wszystko banda nierobów i symulantów, którzy szukają okazji do wylegiwania się i napełnienia brzuchów, kiedy inni musza im usługiwać - zaśmiała się głośno. Jej śmiech pasował idealnie do malowniczej postaci - był wysoki i melodyjny jak trel słowika w letni wieczór.

Umieściwszy ostatnie jabłko na szczycie stosu wiktuałów, dziewczyna wstała i otrzepała spódnicę. Dopiero teraz przyjrzała się klęczącej wciąż na ziemi Lalaith. Spoważniała nagle i wyciągnęła ręce, by pomóc jej wstać.

- Proszę wybaczyć mi mój brak manier - położyła rękę na piersi i zarumieniła się. - Gadam jak najęta, a pani ledwo trzyma się na nogach. Proszę zaczekać chwilkę; przeniosę tylko sprawunki na schody i zaprowadzę panią do medyka. - Chwyciła jeden z koszy i dziarsko ruszyła w kierunku szpitala.

Zanim Lalaith zdążyła zaprotestować, nieznajoma wracała już po resztę zakupów. Zostawiwszy ciężkie kosze przy drzwiach, podbiegła do oszołomionej kapłanki i delikatnie objęła ją w pasie.

- Proszę się na mnie oprzeć - powiedziała z serdecznym uśmiechem, kładąc rękę wycieńczonej podróżnej na swoich ramionach. - Zaraz będziemy w środku.
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.

User avatar
Lalaith
Krzykaczka
Posts: 176
Joined: Sat, 26 May 2007, 20:19
Location: z Dalekiej Drogi
Contact:

Post by Lalaith » Wed, 12 Aug 2009, 18:34

Przed jej oczami znów zamigotał barwny haftowany kwiat na spódnicy. Policzki kapłanki oblał rumieniec wstydu.

- Panienko… Ja nie mogę, nie powinnam… Ubrudzisz się. Dam sobie radę, naprawdę, – zakłopotana próbowała słabo oponować.
-Czy ty tutaj pracujesz? – wskazała głową na wejście do szpitala, przy którym nadal czekały na wniesienie kosze sprawunków.

Dzięki niech będą wszystkim bogom! Jednak wszędzie znajdą się obok nieczułych drani ludzie z dobrym sercem…Więc chyba jednak będzie lepiej. – Pomyślała z nadzieją, lekko się uśmiechając.

- Dzięki, Diyolo – szepnęła cicho, dotarłszy z pomocą dziewczyny do wejścia.

- Wybacz, panienko, ty przecież nic o mnie nie wiesz, a chcesz mi pomóc… Ja nie mam jak ci zapłacić, ale mogę wszystko odpracować: znam się na ziołach i leczeniu, uczono mnie tego w świątyni, zanim wyruszyłam w Drogę…Mogę pomagać przy chorych, mogę też wnieść z tobą te kosze, przecież są ciężkie. - Lalaith mówiła szybko, jakby chcąc się wytłumaczyć z tego,, jak wyglądała, jednocześnie uprzedzając, że nie jest darmozjadem.

- On miał takie zielone oczy... – przypomniała sobie dziewczyna, i coś aż ścisnęło ją w gardle. Przycupnąwszy obok koszy z zakupami, zaniosła się wstrzymywanym tak wiele godzin szlochem.

To nie tak miało być! Przecież ja nic złego nie zrobiłam, chciałam tylko pomagać ludziom, nie chciałam nikogo krzywdzić… – myślała kręcąc główką na wspomnienie kary, jaką chciał wymierzyć jej Zielonooki Szlachcic za darowanie krasnoludowi życia.
Po raz kolejny zmęczenie i wyczerpanie psychiczne zaczynały brać górę nad opanowaniem. Przy tej obcej, a jednak tak serdecznej panience, Lalaith, mimo że - czego była prawie pewna - starsza, czuła się bezpiecznie jak w domu. Łzy cieknące po policzkach żłobiły dwa jasne ślady – wraz z kurzem drogi spływał strach.

Jak z siostrą, której nigdy nie miałam.

Zbyt wyczerpana, by dalej płakać, otarła policzki wierzchem dłoni.

- No, dobrze… Nie możesz przecież tak tu ze mną siedzieć, na pewno masz mnóstwo pracy. Będę wdzięczna za każdą pomoc, której ty, lub pan, o którym wspominałaś, możecie mi udzielić. Czy mogę jakoś ci pomóc, by się za nią odwdzięczyć?
Last edited by Lalaith on Tue, 18 Aug 2009, 00:15, edited 1 time in total.
Być beznadziejnie niepewnym i szaleńcem nadziei
~~~~~~~~~~~~
Dziewczyna o delikatnej urodzie; długie rzęsy, bursztynowo zielone oczy. Usta w kolorze płatków maków. Krótko ścięte kręcone włosy w kolorze kasztanowo rudym nadają jej nieco zawadiacki wygląd. 160cm wzrostu i 55kg.

User avatar
Astarael
Mistrz Gry
Posts: 1146
Joined: Sun, 25 Feb 2007, 00:05
Location: Enki-e Shao'Saye
Contact:

Post by Astarael » Tue, 18 Aug 2009, 00:16

Okazało się, że kosz był stanowczo zbyt ciężki. Lalaith nie była w stanie oderwać go od ziemi - albo ta filigranowa dziewczyna była silna jak tur, albo ona sama nie zdawała sobie sprawy z tego, jak straszliwie była zmęczona.

Nieznajoma patrzyła na brudną i zapłakaną kobietę z wyrazem powagi na twarzy. Kucnęła obok niej i uśmiechnęła się nieśmiało.

- Przede wszystkim proszę przestać się tak strasznie denerwować - powiedziała kojącym tonem. - Thoris być może jest miastem na końcu świata, ale tutejszy szpital nie różni się chyba od innych, znajdujących się w bardziej... zaludnionych okolicach. A doktor Tregarth to bardzo przyzwoity człowiek.

Delikatnie pomogła Lalaith wstać i machinalnie otrzepała jej spodnie. Nie wpłynęło to znacząco na ich wygląd, ale wydawało się mieć dla dziewczyny znaczenie.

- Zakupy zostawimy tutaj - oznajmiła z uśmiechem. Choć jej oczy wciąż skryte były za gęstą grzywką, widać było, że uśmiechała się szczerze. - Targałam je przez połowę miasta i nie mam zamiaru taszczyć ich ani chwili dłużej!
Zaprowadzę panią do środka i sprowadzę medyka. Wyraźnie widać, że potrzebuje pani pomocy, a nie dodatkowego wysiłku, - znów ujęła kobietę w pasie i popchnęła drzwi.

Lalaith nie opierała się dłużej - zmęczona, wzruszona i wdzięczna dała się prowadzić przez chłodny korytarz. Przez chwilę przyszło jej do głowy, że poprzednim razem też dawała się prowadzić i odczuwała taką samą wdzięczność za udzieloną jej pomoc, ale była zbyt wycieńczona, by próbować uniknąć tego, co mogłoby się wydarzyć, gdyby ta delikatna dziewczyna nagle miała okazać się psychopatyczną morderczynią.

- Mam nadzieję, że wkrótce poczuje się pani lepiej - mówiła brunetka, otwierając kolejne drzwi. - Tutaj jest dużo chłodniej i przyjemniej niż na zewnątrz. Pan des Esseintes dokonał cudu, stwarzając ten zielony zakątek...

Lalaith nie słyszała następnych słów. Poczuła, jak widok który pojawił się za progiem, zaparł jej dech w piersiach.
Została wprowadzona do Ogrodu! Pomiędzy szarymi murami szpitala rosły smukłe brzozy i barwne kwiaty, a zielona murawa tchnęla spokojem i bezpieczeństwem. W słoneczne światło ślizgało się po powierzchni prostokątnej sadzawki, drżąc na falach i rozświetlając pływające po tafli wody nenufary.
Miała wrażenie, jakby trafiła do Niebiańskich Ogrodów Diyoli - i to w miejscu w którym nie spodziewała się takich cudów!

- ... doktora Tregartha - mówiła dziewczyna, prowadząc oszołomioną kapłankę w kierunku kamiennej ławki spowitej chłodnym cieniem rosnącego przy niej drzewa.

Lalaith spojrzala na towarzyszkę szeroko otwartymi oczami w których wciąż szkliły się łzy.

- Dziękuję - wyszeptała tylko.

Dziewczyna ponownie uśmiechnęła się szeroko.

- Robię tylko to, co powinnam - powiedziała ciepłym tonem. - Czy na moim miejscu zachowałaby się pani inaczej?

Odwróciła się szybko i zwinnie ruszyła przed siebie. Skinęła glową stojącej na ścieżce postaci i zniknęła pomiędzy drzewami.

Spojrzenie Lalaith skupiło się na młodym mężczyźnie, który wyglądał jak żebrak. Splątane włosy otaczały dość miłą twarz, ale strój był brudny i podniszczony. Młodzieniec sprawiał wrażenie zdenerwowanego i spiętego. Dłonie zaciskał kurczowo na krótkim łuku.
Mimo woli zadrżała.
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.

User avatar
Dekares
Posts: 70
Joined: Sun, 16 Dec 2007, 12:03
Location: Konin
Contact:

Post by Dekares » Fri, 21 Aug 2009, 19:34

Dekares stał niczym sparaliżowany, kiedy mijała go czarnowłosa piękność.
Sądził, że spotkał w swoim życiu kilka naprawdę pięknych kobiet, jednak Ta zrewidowała jego pogląd, rzucając tamte w otchłań - co najwyżej - przeciętności.
Kiedy już złapał oddech po przejściu dziewczyny, był wdzięczny Bogom że nie pozwolili mu się odezwać podczas tego krótkiego spotkania. Zapewne zacząłby bełkotać jak ostatni idiota i wystawił się na pośmiewisko.

Po chwili spojrzał na siedzącą na ławce kobietę: w niczym nie przypominała schludnie ubranej piękności; o wiele bardziej adekwatnym jej określeniem było słowo "żebraczka". Ale Dekares nauczył się, że ludzi nie powinno się oceniać po wyglądzie - w końcu sam nie wyglądał lepiej a bynajmniej za żebraka się nie uważał. Jeszcze...

Chłopak obrócił się do kobiety (dotąd przyglądał się jej kątem oka) i po ukłonie okupionym kolejną falą bólu odezwał się:

- Witam panią. Nazywam się Dekares. Zgaduję, że czeka pani na wizytę u doktora Tregartha?
Last edited by Dekares on Mon, 24 Aug 2009, 01:37, edited 1 time in total.
My armor is Contempt
My Shield is Disgust
My sword is Hatred
In the Emperor's name
Let none survive!

User avatar
Lalaith
Krzykaczka
Posts: 176
Joined: Sat, 26 May 2007, 20:19
Location: z Dalekiej Drogi
Contact:

Post by Lalaith » Sun, 23 Aug 2009, 19:19

Zobaczywszy, że łucznik zbliża się ku niej, Lalaith przymknęła powieki i podciągnęła kolana pod brodę, starając się skupić na ciepłych promieniach słońca i cichym szumie liści.

To przecież i tak wszystko jedno… Tam czy tutaj, teraz czy później. Jeśli mam zginąć, zginę, jeśli mam żyć, podniosę się po każdym upadku – pomyślała, machinalnie odgarniając włosy z twarzy.

Nie miała już w tej chwili sił, by szarpać się w potrzasku. Nawet jeżeli dziewczyna w kwiecistej spódnicy była czarownicą z piekła rodem (na którą nie wyglądała), a łucznik o wyglądzie równie żałosnym jak ona sama - sługą Zielonookiego Szlachcica, który polował na nią przez ostatnią dobę, Lalaith było wszystko jedno.
Wiedziała, że była zbyt słaba by uciekać, jak również by choć próbować się bronić, nie wykonała więc najmniejszego ruchu. Aż do chwili, kiedy usłyszała że łucznik zwraca się do niej.
Dziewczyna otworzyła oczy, kierując na młodzieńca swe bursztynowozielone źrenice. Kryło się w nich zaskoczenie pomieszane z niepewnością. Dotąd zawsze ufna i pewna siebie, po doświadczeniach ostatnich godzin Lalaith nie była już taka pewna, czy świat jest zupełnie miłym miejscem, a ludzie, którym nie robisz nic złego, nie zrobią nic złego tobie.
Wyprostowała się, robiąc na ławce miejsce dla drugiej osoby.

- Witaj, panie. Na imię mi Lalaith… Może zechcesz spocząć? – zapytała, wskazując na miejsce obok. - Szczerze powiedziawszy, nie mam pojęcia na kogo, lub na co czekam. Możliwe, że właśnie na doktora Tregartha, który jest zdaje się, opiekunem tego miejsca. Musisz mi wybaczyć mój strój, ale ostatnie godziny… - dziewczyna umilkła, szukając odpowiedniego słowa, by opisać to, co przeszła.
- Powiedzmy, że ostatnie godziny nie były najszczęśliwszym czasem w moim życiu, w którym do niedawna byłam tylko zielarką w świątyni Diyoli, a później wpadłam na - jakże genialny - pomysł wyruszenia w Drogę. Teraz zaś, jak widzisz, mnie samej przyda się lekarz, gdyż wszystko, co mi zostało, to to, co mam na sobie, i to, czego zdążyłam się nauczyć.

Kapłanka zamilkła, zmęczona próbą wytłumaczenia się ze swojego opłakanego stanu. Teraz, kiedy dano jej czas, by odetchnęła, poczuła, jak bardzo naprawdę była wycieńczona i słaba. Czekała z utęsknieniem na powrót brunetki, która ją tutaj wprowadziła, gdyż z każdą minutą, w której już nie walczyła o przetrwanie, czuła jak znów słabnie.
Wargi miała spierzchnięte, żołądek skurczony z głodu, a całe ciało obolałe. Od tak dawna nie miała w ustach ani łyka wody, ani kęsa jedzenia, że przed oczami zaczęły jej latać czarne płatki. Świat chwiał się lekko, mimo, że Lalaith siedziała na kamiennej ławie. Gdyby ktoś teraz kazał jej wstać, z pewnością upadłaby jak długa.

- Wybacz, panie… Nie czuję się najlepiej, co z pewnością rozumiesz. Nie byłbyś tu, gdybyś sam nie potrzebował pomocy – powiedziała cicho, posyłając młodzieńcowi blady uśmiech.

Kiedy skończyła mówić, znów wróciła wzrokiem do iskrzącej się powierzchni sadzawki. Błądziła wzrokiem pośród zieleni ogrodu, starając się uspokoić kołatanie serca i skupić na czymś, co nie pozwoliłoby jej odpłynąć w niebyt.
Last edited by Lalaith on Mon, 24 Aug 2009, 01:45, edited 1 time in total.
Być beznadziejnie niepewnym i szaleńcem nadziei
~~~~~~~~~~~~
Dziewczyna o delikatnej urodzie; długie rzęsy, bursztynowo zielone oczy. Usta w kolorze płatków maków. Krótko ścięte kręcone włosy w kolorze kasztanowo rudym nadają jej nieco zawadiacki wygląd. 160cm wzrostu i 55kg.

User avatar
Dekares
Posts: 70
Joined: Sun, 16 Dec 2007, 12:03
Location: Konin
Contact:

Post by Dekares » Tue, 25 Aug 2009, 22:40

Chłopak powoli podszedł do ławki, na której siedziała poturbowana kobieta, i skorzystał z zaoferowanego miejsca. Co prawda powinien szukać pomocnika doktora, który miał jego broń (i unikać szalonego ogrodnika), ale uznał że nieodpowiedzialnym byłoby zostawić kobietę samą - wyglądała na bardzo przestraszoną i tak słabą, że mogła w każdej chwili zemdleć.

Wysłuchał jej w milczeniu, po czym odezwał się łagodnym głosem:

- Nie ma Pani za co przepraszać. Jak widać, ja też nie wyglądam najlepiej, i także nie mogę uznać ostatnich godzin za zbyt udane. Ale nie musi się Pani niczego obawiać. To bezpieczne miejsce, a tutejszy medyk to naprawdę miły i zdolny człowiek. Na pewno szybko postawi Panią na nogi.

Zamilkł na chwilę tylko po to, żeby zobaczyć, że kobieta jeszcze bardziej pobladła. Zaniepokojony stanem przyszłej pacjentki doktora Tregartha odezwał się przepraszającym tonem:

- Przepraszam, że to powiem, ale wygląda Pani bardzo źle - jakby miała zaraz zemdleć. Może chce się Pani położyć na ławce albo na trawie? A może napije się Pani wody albo coś zje? Niestety, mogę zaoferować jedynie wodę i pokruszone suchary z suszonymi owocami, ale to zawsze coś - powiedział odczepiając manierkę od swojego plecaka i podając ją Lalaith.
Last edited by Dekares on Sat, 29 Aug 2009, 23:32, edited 1 time in total.
My armor is Contempt
My Shield is Disgust
My sword is Hatred
In the Emperor's name
Let none survive!

User avatar
Lalaith
Krzykaczka
Posts: 176
Joined: Sat, 26 May 2007, 20:19
Location: z Dalekiej Drogi
Contact:

Post by Lalaith » Thu, 27 Aug 2009, 16:18

Lalaith z wdzięcznością spojrzała na młodzieńca.

- Dziękuję za propozycję. Chętnie z niej skorzystam, zwłaszcza że nie pamiętam, jak dawno temu miałam cokolwiek w ustach…

Krystalicznie czysta woda koiła spierzchnięte wargi i wyschnięte gardło niczym balsam. Dziewczyna westchnęła z ulgą, oddając niemal w połowie opróżnioną manierkę Dekaresowi.

- Zastanawiam się, jak długo przyjdzie nam czekać na jakakolwiek inną żywą duszę? – wypowiedziała swoje myśli na głos.

Przyprowadzona do Ogrodu przez brunetkę w kwiecistej spódnicy i pozostawiona sama sobie, nie bardzo wiedziała, co miała dalej począć. Kazano jej czekać, więc zaczeka. Zresztą, sama w obcym miejscu, zbyt zmęczona by gdziekolwiek iść i tak nie wiedziałaby, w którą stronę się udać, by odnaleźć medyka.

Mogła tylko czekać, teraz mając za towarzystwo młodego chłopaka, który mimo wyglądu obdartusa, nie sprawiał wrażenia bardzo chorego, czy poważnie rannego.

Ciekawe, co jego tutaj sprowadza…?
Last edited by Lalaith on Sat, 29 Aug 2009, 23:36, edited 1 time in total.
Być beznadziejnie niepewnym i szaleńcem nadziei
~~~~~~~~~~~~
Dziewczyna o delikatnej urodzie; długie rzęsy, bursztynowo zielone oczy. Usta w kolorze płatków maków. Krótko ścięte kręcone włosy w kolorze kasztanowo rudym nadają jej nieco zawadiacki wygląd. 160cm wzrostu i 55kg.

User avatar
Astarael
Mistrz Gry
Posts: 1146
Joined: Sun, 25 Feb 2007, 00:05
Location: Enki-e Shao'Saye
Contact:

Post by Astarael » Sun, 30 Aug 2009, 00:12

Usłyszeli kroki i wybuch dźwięcznego śmiechu.
Na ścieżce pomiędzy drzewami pojawiły się dwie postaci. Jedną z nich była roześmiana dziewczyna w kolorowej spódnicy, drugą - postawny młodzieniec o sympatycznej, nieco zarumienionej twarzy. Dekares zamarł na widok pięknej brunetki, a potem odetchnął głośno, rozpoznając w jej towarzyszu Adriana - mężczyznę, któremu oddał swój miecz.
Znużona Lalaith zauważyła prostą szarą szatę, w którą ubrany był zbliżający się mężczyzna, a potem spojrzała na jego młodą, przystojną twarz. Jak na medyka był strasznie młody...

- No dobrze, - powiedziała z uśmiechem brunetka, zatrzymując się przy ławce. - Niestety, muszę przerwać państwu pogawędkę. Doktor Tregarth oczekuje pani w swoim gabinecie. Im prędzej tam dotrzemy, tym szybciej zacznie pani zdrowieć.

Wyciągnęła do kapłanki obie dłonie i pomogła jej wstać. Objęła ją w pasie zadziwiająco pewnym chwytem, po czym odwróciła się jeszcze ku Dekaresowi.

- Dobrze zajmiemy się pańską przyjaciółką, - powiedziała, błyskając zębami. - Bez wątpienia już wkrótce będziecie mogli się spotkać i dokończyć konwersację.

Jej skóra miała piękny lekko złocisty odcień, a usta lśniły jakby pokryte były miodem. Czarne włosy opadały na oczy, nadając dziewczynie zawadiacki wygląd i nie pozwalając wszystkim wokół - a przede wszystkim mnie! - zatonąć bez śladu w blasku jej spojrzenia.

- Dziekuję - słabo wyszeptała Lalaith na pożegnanie, po czym pozwoliła się prowadzić poprzez zielony chłód drzew.

- Przede wszystkim proszę się nie denerwować - mówiła brunetka wiodąc naprzód słaniającą się na nogach kobietę. - Doktor zajmie się panią i raz-dwa stanie pani na nogi. Ja w czasie badania postaram się zadbać o jedzenie i łóżko dla pani. A jak już się pani posili, pomogę się pani umyć.

Lalaith czuła jak wzruszenie nabrzmiewało w jej gardle niczym kamienna kula; czuła łzy napływające jej do oczu; czuła drżenie kolan.
Nie zauważyła, kiedy wyszły z ogrodu i znalazły się w kamiennym korytarzu. Nie wiedziała, jak długo szły, nim stanęły przed drewnianymi drzwiami.
Młodziutka towarzyszka wprowadziła ją do obszernego pokoju z ogromnym oknem i licznymi półkami wypełnionymi najróżniejszymi przedmiotami - od książek począwszy, po szklane słoje.
Siedzący za biurkiem mężczyzna w okularach wstał, kiedy weszła. Sztywno skinął głową i milcząc wskazał drewnianą ławkę. Brunetka posadziła na niej pacjentkę, uśmiechnęła się do niej krzepiąco, dygnęła przed lekarzem i wyszła zamykając za sobą drzwi.

- Co panią do mnie sprowadza? - zapytał skrzekliwym głosem medyk, myjąc ręce w misce.

* * *

Kiedy drzewa skryły przed Dekaresem obie kobiety, świat znów wrócił na swoje miejsce. Chłopak potrząsnął głową, jakby budził się ze snu, po czym nieprzytomnie rozejrzał się po ogrodzie. Dostrzegł jeszcze plecy oddalającego się Adriana.
Zerwał się z ławki i szybkim krokiem ruszył za mężczyzną.

Kiedy znalazł się w korytarzu, usłyszał krzyk:

- Zastałem w domu doktora?

Odruchowo sięgnął do pasa, szukając broni. Nie znalazłszy jej, dogonił pomocnika lekarza.
Naprzeciwko Adriana stał wysoki długowłosy mężczyzna w czarnych spodniach i kurtce narzuconej na nagi tors. Za przybyszem rysowała się ogromna sylwetka okrytego futrami brodacza.
Adrian tłumaczył właśnie nowym gościom:

- Medyk przyjmie was, gdy skończy.
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.

User avatar
Sylwav
Posts: 123
Joined: Mon, 10 Sep 2007, 22:11
Contact:

Post by Sylwav » Sun, 30 Aug 2009, 14:16

Sylwav obejrzał mężczyznę od stóp do głów, nie mogąc uwierzyć, że natrafił na tak wdzięczny obiekt do pokpiwania. Jako że cel wydał się zbyt łatwy, wojownik postanowił odpuścić sobie jakieś wymyślniejsze krotochwile związane z ubiorem stojącego przed nim osobnika. Tym bardziej, że fakt znajdowania się w pomieszczeniu wywindował jego dobre samopoczucie na poziom tak wysoki, że nie pamiętał, żeby był tak zadowolony, odkąd wylądował w tym miejscu.

- Fajny ciuszek - ocenił, gdy mężczyzna skończył mówić. - Męskich nie mieli?

Stał tak jakiś czas patrząc rozmówcy prosto w oczy z bezczelnym uśmiechem na gębie, po czym podniósł ręce na znak kapitulacji, dopełniając obrazu miną: "To tylko żarty".
Minął strojnisia i jakiegoś chłopaka, patrząc jednocześnie, czy Mir też szedł do ogrodu.

Nie zastał tam żywej duszy. Swobodnie rzucił się plackiem na ławeczkę i postanowił pospać w tej pozycji, dopóki go ktoś nie obudzi.
Nagle jedna myśl przywróciła go do pionu i sprawiła, że na twarz wojownika wstąpił grymas wielkiego zmartwienia. Jakby będąc pod silnym środkiem przeciwbólowym dostał maczugą w klejnoty i zachodził w głowę, jak cholernie będzie bolało go krocze, gdy nerwy znowu zaczną pracować.

- Ciężkie życie człowieka z ilorazem inteligencji cegły - westchnął i spojrzał na prawą rękę.

Wolał nie sprawdzać obrażeń przy Mirze, ale nie było opcji, żeby skóra na jego ramieniu nie była uszkodzona. W końcu blokował nią ciosy podczas starcia w podziemiach. Toteż doktor, który będzie się z nim bawił w... doktora, trafi na małą siurpryzę, być może największą w jego karierze. Z drugiej strony, wojownik dostał w nogę, i to przede wszystkim tym rejonom doktorek poświęci uwagę. Pierwsza myśl - uciekać! - uległa logicznemu, przynajmniej w mniemaniu Sylwava, myśleniu:

Przecież nie sprzeda mnie władzom z takiego powodu, do cholery. Jeśli podejmie jakieś działania w tym kierunku, to raczej pokaże mnie kompetentnym ludziom, którzy w jego mniemaniu byliby zainteresowani osobnikiem mojego pokroju. Argutum przecież ma niejedno dojście do lekarzy w całym zamieszkanym przez człowieka terenie. Może to jest właśnie sposób na odszukanie jajogłowych...

Uśmiechnął się do siebie, bo poczuł, że rozwiązanie być może było blisko. Odprężył się nieco i znowu położył na ławeczce, obserwując ukradkiem, czy ktoś nowy nie nawiedza ogrodu. Żeby zabić czas,, zajął się liczeniem skaczących przez płot kurtyzan.
Last edited by Sylwav on Fri, 4 Sep 2009, 11:29, edited 2 times in total.
Osobnik wysoki, stosunkowo szczupły, lecz odpowiednio wyrzeźbiony. Włosy smoliście czarne, lekko przysłaniające bladą, gładką twarz. Ciemne oczy o nieco szalonym wyrazie współgrają z ironicznym uśmiechem. Postać ubrana jedynie w skórzaną kurtkę, obcisłe spodnie z tegoż samego materiału oraz wysokie buty, wszystko w kolorze czarnym.

User avatar
Dekares
Posts: 70
Joined: Sun, 16 Dec 2007, 12:03
Location: Konin
Contact:

Post by Dekares » Mon, 31 Aug 2009, 23:15

Dekares poświęcił przybyszom tylko kilka sekund swojej uwagi - tyle, aby pobieżnie stwierdzić, że nie byli chyba poważnie ranni, i nie stanowili zagrożenia.
Jedynie kiwnął im głową na powitanie i podszedł do pomocnika doktora.

- Witam ponownie. Nie chciałbym się zbytnio narzucać, widzę że macie sporą ilość nowych pacjentów, ale doktor Tregarth polecił mi się do Pana zwrócić w sprawie odbioru mojego miecza i pobrania maści na rany - mówiąc ostatnie słowa Dekares podał mężczyźnie kartkę wręczoną mu przed doktora.

- Oczywiście nie jest to sprawa pilna, mogę poczekać.

Adrian patrzył przez chwilę na chłopaka, po czym skinął głową.

- Jasna sprawa - powiedział. - Muszę tylko zanieść zakupy do kuchni i będziemy mogli pójść po miecz.

Dekares uśmiechnął się i powiedział szybko:

- A więc chodźmy je zanieść - zrobił pauzę i spojrzał na mężczyznę z parodią zaczepnej miny na twarzy. - To nie podlega dyskusji, i tak już narobiłem wam dość kłopotów, więc pora się na cokolwiek przydać.

- Dam sobie radę, dziękuję bardzo - powiedział Adrian i uśmiechnął się przepraszająco. - Poza tym, pacjentom nie wolno wchodzić do kuchni. Doktor Tregarth ma bardzo wysokie wymagania jeśli chodzi o higienę w szpitalu.
Może pan poczekać na mnie w ogrodzie, to zajmie tylko chwilkę.

Przez chwilę zawahał się, po czym dodał:

- Pan des Esseintes postanowił nieco odpocząć, więc prawdopodobnie przed obiadem nie pojawi się w szpitalu.

Dekares na chwilę spuścił głowę, po czym odezwał się znacznie mniej wesołym, ale nadal pogodnym głosem:

- No tak, zapomniałem już, co zrobiła ze mną podróż. Pewnie wyglądam i pachnę jak bym wypełznął z jakiegoś bagna - na twarzy chłopaka pojawił się aż nadto widoczny rumieniec zażenowania.

Po chwili odezwał się znowu:

- Mam nadzieję, że Pan des Esseintes czuje się trochę lepiej i nie pała już do mnie taką nienawiścią. Naprawdę nie chciałem zniszczyć jego roślin - ostatnie słowa wypowiedział z taką skruchą, że można by pomyśleć, że przyznawał się co najmniej do masowego mordu.
Adrian wzruszył ramionami i minął wciąż stojącego w przejściu wielkoluda.

- Naprawdę w ogrodzie będzie panu przyjemniej - powiedział.

Ogromny mężczyzna przygarbił się jeszcze bardziej, wymamrotał: Dobra, prose pana - po czym ruszył w kierunku ogrodu. Kiedy przechodził obok Dekaresa, chłopak poczuł ciężki zapach futer, potu i suszonego mięsa.
Adrian otworzył drzwi prowadzące na zewnątrz, wpuszczając do korytarza nieco światła. Po chwili wrócił do środka dźwigając dwa wiklinowe kosze wypakowane jedzeniem.  

Chłopak szybko podszedł do drzwi i zamknął je za Adrianem.

- Tak jak Pan sugerował, zaczekam w ogrodzie. Zostawiłem tam rzeczy, więc i tak musiałbym tam wrócić.

- Odnajdę pana - odparł Adrian i ruszył przed siebie.

Dekares tylko kiwnął głową w odpowiedzi, po czym ruszył powoli w kierunku ogrodu.

Podczas krótkiej drogi Dekares starał się zaplanować swoje kolejne posuniecie. Odpowiedź nasunęła się sama – Kąpiel.

W końcu wszedł do ogrodu i ujrzał dwójkę nieznajomych którzy przed chwilą weszli do szpitala.
Last edited by Dekares on Fri, 4 Sep 2009, 11:42, edited 2 times in total.
My armor is Contempt
My Shield is Disgust
My sword is Hatred
In the Emperor's name
Let none survive!

User avatar
Mirandor
Posts: 130
Joined: Thu, 23 Aug 2007, 19:49

Post by Mirandor » Tue, 1 Sep 2009, 00:35

Po wypowiedzi dziwnie ubranego mężczyzny Mirandor skierował swe kroki za Sylwavem, jednak gdy zauważył, że jego towarzysz postanowił się położyć, zganił się w myślach. Przecież nawet taki wesoły człowieczyna mógł być zmęczony światem i samym Mirandorem, który nieporadnie poruszał się po tym świecie i żył w świętym przekonaniu, że każdy dookoła widział ten fakt jak na dłoni. Więc by nie zwracać uwagi, podszedł do ławki, na której leżał jego kompan i, kładąc plecak z boku, usiadł na ziemi obok Sylwava. Plecami oparł się o oparcie ławki i rozluźniony patrzył w niebo.

Niektórym na jego widok mogłaby przyjść do głowy myśl, że padł jak worek kartofli - tak jak stał, teraz siedział, jakby zupełnie pozbawiony sił.
Ubranie ze skór zwierząt okrywające jego ciało zupełnie nie pasowało do tutejszego klimatu, co było widać po tym, jak się pocił i zarazem czuć, bo Mirandor nieświadom tego, cuchnął straszliwie potem, zwierzęcą skórą, lecz coś w tym zapachu na myśl przywodziło też głęboki las. Jego długie, przetłuszczone a na dodatek splątane brązowe włosy nie poprawiały jego wizerunku jako człowieka ucywilizowanego.
Po krótkiej chwili bezruchu, w końcu poruszył się - uniósł muskularną prawicę, by podrapać swój podbródek ukryty pod bujną brodą, ale mógł tym zagwarantować, że jeszcze nie padł ze zmęczenia.

Baczny obserwator z wszystkich puzzli układanki jaką był wygląd Mirandora, mógł orzec, że był to dziki, krwiożerczy barbarzyńca, wielkimi łapskami miażdżący czaszki a surowe mięso pożerający na śniadanie. Jedyne, co mogło nie pasować do obrazu, to brązowe, spokojne i dobrotliwe oczy i dość, jak na nieokrzesanego barbarzyńcę, lękliwe zachowanie.

I tak też ów dzikus pomacał się po zabandażowanym boku, delikatnie się po nim poklepał, po czym skierował spojrzenie na pas i wiszące na nim rzemyki pełne różnych przywiązanych kamyków, kości i piór. Swą wielką i brudną dłonią zaczął ostrożnie gładzić te rzemienie, a osoby, które by się w niego wsłuchały lub wpatrzyły, mogłyby stwierdzić, że coś mówił.
Last edited by Mirandor on Fri, 4 Sep 2009, 11:51, edited 1 time in total.

User avatar
Sylwav
Posts: 123
Joined: Mon, 10 Sep 2007, 22:11
Contact:

Post by Sylwav » Tue, 1 Sep 2009, 12:45

Sylwav poruszył głową. Chyba na znak, że widział siadającego obok Mirandora; ale równie dobrze mógł to być nagły skurcz mięśni karku. Westchnął.

Czuł się w ogrodzie naprawdę dobrze. Idealna kombinacja łącząca w sobie to, co najpiękniejsze na zewnątrz i nie uwzględniająca otwartej przestrzeni. Ludzi też nie było za wielu, co wojownik odebrał jako jeszcze jedną zaletę urokliwego zakątka. Od czasu do czasu pokręcił głową, żeby nacieszyć oczy wszechobecną zielenią.

- Co ty teraz będziesz porabiał, Mir? - spytał ciągle leżąc na ławce i patrząc w niebo. - Gołym okiem widać, że miasto to nie jest twój styl. Ty jesteś łowcą. Widzisz w lesie sarnę, czy inną wydrę i rzucasz się na nią z zębami, przegryzając krtań - wojownik dał upust swemu aktorskiemu talentowi, pokazując w jaki sposób on widział wgryzanie się w krtań zwierzyny. - Czuję, że będę cię musiał na jakiś czas wziąć pod opiekę. Ze mną nie zginiesz. Trzeba oblać to, że przeżyliśmy tamto bagno. Najpierw drinki, później dziewczynki. Można też na odwrót, jak wolisz. Dla ciebie będzie trzeba tęgiej baby, żadna kruszyna nie dałaby ci rady.

Przerwał, gdy zobaczył przechodzącego przez próg chłopaka. Zmierzył go wzrokiem, po czym przywitał.

- Powitać młodzieńca, powitać. Zapewne do doktorka, hę? Poczekaj z nami, rozsiądź się gdzieś. Najpierw wrzuci na ruszt nas, później pewnie weźmie się za ciebie. - Stanął na równe nogi. - Przeklęta syra - syknął i poruszał nią trochę. - Bandyci, cholera. Znienacka nas capnęli, z krzaczorów wyskoczyli. Z takimi nie pogadasz, trza od razu w łeb walić. Nie Mir? - szturchnął Mirandora lekko łokciem na znak, by uczestniczył w teatrzyku. - A młodzieniec jak tu trafił?
Last edited by Sylwav on Fri, 4 Sep 2009, 11:56, edited 1 time in total.
Osobnik wysoki, stosunkowo szczupły, lecz odpowiednio wyrzeźbiony. Włosy smoliście czarne, lekko przysłaniające bladą, gładką twarz. Ciemne oczy o nieco szalonym wyrazie współgrają z ironicznym uśmiechem. Postać ubrana jedynie w skórzaną kurtkę, obcisłe spodnie z tegoż samego materiału oraz wysokie buty, wszystko w kolorze czarnym.

User avatar
Mirandor
Posts: 130
Joined: Thu, 23 Aug 2007, 19:49

Post by Mirandor » Wed, 2 Sep 2009, 18:52

Na pytanie Sylwava, po chwili milczenia odparł cicho na jednym długim wydechu:

- Nie wiem, Sylwawie. - Jeszcze raz westchnął. - Po prostu nie wiem. Nie mam planów, gdzie pójść. A takie siedziby są dla mnie dziwne, prawda. Źle się w nich cuje.

KiedySylvaw opisywał swoją wizję polowania, obrócił się ku niemu z wyrazem zdziwienia na twarzy.

- Jestem drwalem, drewa ścinałem, nie łowcą - powiedział. - A polować musiałem, by mieć co zjeść i na pewno nie robi się tego tak, jak ty mówis - odwrócił głowę ponownie; - treba się skradać, po cichu, bardzo cichu i mieć broń dobrą, łuk, włócnię. - Spojrzał na palce swej prawej dłoni. - Najwaźniejse to mieć pewne oko i być sybkim, bo jak cię zwiere zauważy, to nie ma tak łatwo.
I nie mam dobrych zębów do gryzienia, potreba kłów ostrych jak u wilka. I nawet nie dogoniłbym sarny by ją ugryźć. Widać że ty jesteś z takich miejsc jak to tutaj. Tutaj nawet w jadłodajni konie dają. - rzekł tonem pełnym oburzenia.

Może nie do końca zrozumiał części wypowiedzi o braniu pod skrzydła, może wolał zbyć to milczeniem, a może jego umysł przeskoczył zaraz do części o piciu?

- Tak. Porądnie się napić, to lubię. Ale po co mi baba? I tenga?- widać to słowo stanowiło dla niego kolejną nowinkę. - Nie potrebuje nikogo do pomocy ani opieki.

Pojawienie się chłopaka przykuło także uwagę Mirandora.
Na szturchnięcie Sylwava zareagował zdziwieniem:

- Nie pamiętas Sylwavie, że z Konradem posliście na cmentar? Ja zostałem w lesie i biłem się z złym duchem z Dolnego Świata? I wtedy ten potwór mnie złapał i zranił o tutaj - wskazał owinięty bok, - bo mnie tak złapał i wtedy bok rozsarpał - zademonstrował ręką szpony bestii łapiące go za bok, - a ja z łuku streliłem, potem znowu streliłem i wtedy on spadł. Wtedy toporem odciąłem mu głowę i padłem bo słaby byłem i wtedy prysedł Dobry Duch i mnie w nocy opatrył i wtedy wy wróciliście, i ja spałem, a ty chciałeś zjeść Złego Ducha?

Ciągnął swój nikomu nie potrzebny wywód raz po raz pokazując rękoma przeróżne czynności, jakie następowały podczas tamtej nocy: a to strzelanie z łuku, a to, że duchy z dolnego świata są z podziemi, a dobre z nieba.
Last edited by Mirandor on Fri, 4 Sep 2009, 12:17, edited 1 time in total.

User avatar
Dekares
Posts: 70
Joined: Sun, 16 Dec 2007, 12:03
Location: Konin
Contact:

Post by Dekares » Fri, 4 Sep 2009, 11:39

Dekares powoli wszedł do ogrodu.
Na powitanie Sylwava odpowiedział przyjaznym skinieniem głowy i delikatnym uśmiechem. Z odpowiedzią zdecydował się zaczekać, aż mężczyzna skończy mówić. Czas ten poświęcił na przyjrzenie się obu nieznajomym oraz dyskretną próbę sprawdzenia, czy jego rzeczy znajdowały się na miejscu.
Już miał się odezwać, kiedy odezwał się drugi mężczyzna; Dekares zamknął na wpół otwarte usta i słuchał go uważnie. Z każdą chwilą jego wargi delikatnie drgały w wysiłku utrzymania wyrazu twarzy i nie wybuchnięcia śmiechem.
Chłopak niewiele zrozumiał z opowieści o duchach, cmentarach i bestiach - w zasadzie to nic, oprócz tego, że drugi mężczyzna ewidentnie próbował coś ukryć i wcisnąć mu jakąś bajeczkę o bandytach, jednak jego towarzysz okazał się człowiekiem zbyt prawdomównym do takich podstępów.

Przez chwilę milczał patrząc na próbującego go okłamać mężczyznę z wyraźnie złośliwym i pełnym politowania uśmieszkiem na twarzy. Szybko podjął decyzje o odpowiedzi, ale chciał najpierw trochę potrzymać nieudolnego kłamcę w niepewności.

- Niech się trochę spoci, a co - pomyślał rozbawiony - - A teraz pora na mały teatrzyk.

W końcu przeniósł wzrok na wielkoluda i uśmiechnął się serdecznie:

- Dziękuję za ten jakże wyczerpujący opis odniesienia obrażeń, Szanowny Panie. Nie jestem z tych stron i są to dla mnie ciekawe informacje. Nie wiedziałem, że miejscowi bandyci – tutaj przeniósł bezlitośnie wzrok z powrotem na Sylwava – lubią atakować jakimiś pazurami; zapewne zdjętymi z zabitych zwierząt. No i że lubią się tytułować Złymi Duchami. Ciekawe... Będę musiał na nich uważać. – Skończył zdanie rozbawiony, choć próbował utrzymać swoją wypowiedź pozornie w jak najbardziej rzeczowym i zaciekawionym tonie. Tylko po to, aby jeszcze bardziej przypiec kłamcy.

W końcu uznał, że koniec ze znęcaniem się. Zdecydował, że nie będzie torturował mężczyzny oburzonym dociekaniem odnośnie prób kanibalizmu i zanim Wielkolud miałby szanse jeszcze bardziej pogrążyć towarzysza, pociągnął dalej:

- No, ale gdzie moje maniery, nawet się nie przedstawiłem – ukłonił się uprzejmie.

- Dekares z puszczy Gurnhaller - jestem myśliwym i, nie owijając w bawełnę, początkującym mieczem do wynajęcia. Obecnie w poszukiwaniu uczciwego zarobku, towarzystwa uczciwych kompanów i wszystkiego innego, co los mi zgotuje - liczył że jego śmieszna ale i szczera prezentacja rozbawi mężczyzn i pozwoli im zakończyć etap rozmowy toczący się wokół drobnego oszustwa. W końcu nie miał do mężczyzny żalu, sam zapewne nie powiedziałby wszystkiego o kilku ostatnich dniach swojej podróży do miasta, a już na pewno nic o poprzedzających ją wydarzaniach.

- Jak widać, ostatnio los nie był dla mnie zbyt łaskawy. Także zostałem napadnięty, ale jak widać, moje rany nie są nawet w połowie tak ciężkie, jak Panów – ze szczerą troska spojrzał na owinięty bandażami bok wielkiego mężczyzny.

- Co do ustawiania się w kolejce do doktora Tregartha, to nie muszą się Panowie martwić, że będę się wpychał. Jestem już po wizycie. Czekam po prostu na zalecone leki i odbiór broni. Jednak będą musieli się Panowie najprawdopodobniej uzbroić w cierpliwość, ponieważ przed chwilą do doktora wprowadzono poważnie ranną i wycieńczona kobietę, więc trochę może potrwać, zanim was przyjmie. Jeśli sobie Panowie życzą, to z chęcią dotrzymam Panom towarzystwa. Przynajmniej tak długo, aż będę mógł odebrać swoje rzeczy.
Last edited by Dekares on Fri, 4 Sep 2009, 12:31, edited 1 time in total.
My armor is Contempt
My Shield is Disgust
My sword is Hatred
In the Emperor's name
Let none survive!

User avatar
Sylwav
Posts: 123
Joined: Mon, 10 Sep 2007, 22:11
Contact:

Post by Sylwav » Fri, 4 Sep 2009, 15:51

Sylwav nawet nie musiał słuchać wypowiedzi Mirandora. Jeszcze zanim do niej doszło, on już czuł co się zaraz stanie. Spędził troszkę czasu z wielkoludem i żałował, że tak wolno docierało do niego co olbrzym zna, a na co jego plemię jeszcze nie wpadło.

Mir równa się prostota. Humor, sarkazm, ironia, krzywoprzysięstwo - te rzeczy zdecydowanie nie równają się Mir. Dobre, Boże, naprawdę niezłe.

Sylwav podniósł oczy ku niebu i zrobił minę ze wszech miar nieciekawą. Jakby chciał w ten sposób pokazać niezidentyfikowanemu osobnikowi, że stępił mu się żart. Przeniósł oczy na chłopaka, uśmiechnął się niewinnie i rozłożył ręce. Już miał coś mówić, ale młodzieniec uraczył go dialogiem. Gdy tylko wojownik poczuł na skórze posyłaną w jego stronę ironię, z błogości aż rozsiadł się na ławeczce i słuchał z rozbawieniem swojego rozmówcy. Zaklaskał demonstracyjnie, gdy młodzieniec skończył mówić.

- Nieźle, nieźle. Pięć na dziesięć, Młody, pięć na dziesięć - wykonał gest sugerujący ocenę umiarkowaną. - Widzisz Mir? - szturchnął olbrzyma w ramię. - To jest ironia. Zaaplikuj sobie kilka dawek, będzie nam się łatwiej i zgodniej żyło.

Momentalnie zeskoczył z ławki, by znaleźć się przy młodzieńcu.

- Ale gdzie MOJE maniery. Na imię mi Sylwav, syn swego ojca, którego próbuję odnaleźć. Chwilowo jestem unieruchomiony - obecnie przez nogę, później, mam nadzieję, przez gorzałę i babę. Może nawet tę, która weszła do Tregartha - mrugnął porozumiewawczo do chłopaka, bo olbrzym i tak by nie zajarzył. - Jaka była twoim zdaniem, Młody? Nadaje się do czegoś?
Osobnik wysoki, stosunkowo szczupły, lecz odpowiednio wyrzeźbiony. Włosy smoliście czarne, lekko przysłaniające bladą, gładką twarz. Ciemne oczy o nieco szalonym wyrazie współgrają z ironicznym uśmiechem. Postać ubrana jedynie w skórzaną kurtkę, obcisłe spodnie z tegoż samego materiału oraz wysokie buty, wszystko w kolorze czarnym.

User avatar
Mirandor
Posts: 130
Joined: Thu, 23 Aug 2007, 19:49

Post by Mirandor » Fri, 4 Sep 2009, 19:45

Wypowiedź człowieka któego imię później poznał - Dekaresa zupełnie zbiła go z tropu co do znajomości słów i tutejszego języka w jego wydaniu.

- Mnie nie napadli bandyci tylko Zły Duch - powiedział - cłowiek to nie był napewno, ludzie nie latają - zakończył wypowiedź westchnięciem, po czym skupił się na - jakże dla niego nie zrozumiałej odpowiedzi Sylwava. Na szturchnięcie odpałr wymuszonym uśmieszkiem, choćnie wiedział o co chodzi z ironią, ale też wolał nie pytać teraz, bo miał wrażenie że nie wszystko się układa w rozmowie jak powinno. Ale napewno się spyta.

Gdy już przeszli do grzeczności wstał za Sylwavem i podszedł do ich rozmówcy.
- Mirandor - powiedział choć miał ochotę przywitać młodzieńca inaczej ale nie sądził że w tych rejonach świata wypada obściskiwać obcych sobie ludzi. Więc zakończył wypowiedź tylko na imieniu. Reszta wydała mu się nieważna.

Choć teraz pojął cel wizyty w tym miejscu. Idzie do tutejszego znachora, czy szamana by ten zajął się ich ranami. Był w głębi dumny z siebie że zrozumiał czym jest to miejsce, lecz tego nie okazał by nie wyjść znów na dziwaka.

Poczekał więc co dalej zrobi Sylwav.

User avatar
Dekares
Posts: 70
Joined: Sun, 16 Dec 2007, 12:03
Location: Konin
Contact:

Post by Dekares » Fri, 4 Sep 2009, 21:34

Chłopak przez chwile stał milcząc przed Sylwavem, wcześniejszy uśmiech(może i złośliwy ale zawsze uśmiech) zniknął z jego twarzy. O ile pierwsze wrażenie w stosunku do Sylwava było mieszane(z jednej strony próbował go okłamać ale z drugiej przynajmniej potrafił w miarę zręcznie odpowiedzieć na jego słowny „prztyczek w nos” i nie dać się zbić z pantałyku) to teraz zdecydowanie stracił w oczach chłopaka . Osobiście miał gdzieś co lub kto i za co będzie go „unieruchamiało”, za to zdecydowanie zniesmaczyło chłopaka zapytanie o poznaną wcześniej ranną kobietę. Przecież powiedział że jest poważnie ranna a ten prostak jeszcze się go pytał czy „nadaje się do czegoś”. Jednak po chwili zdenerwowania(i ochoty powiedzenia mężczyźnie kilku"niezbyt miłych" słów) zdecydował się nie kierować tak wczesnym i ulotnym wrażeniem w stosunku do mężczyzny, licząc że ten się poprawi w jego oczach.

W końcu wyciągnął w kierunku mężczyzny dłoń w celu przywitania się i odezwał się chłodno:

-Miło mi Cię poznać Sylwavie. Co do tamtej kobiety to nie wiem do czego miała by się nadawać według Ciebie - wypowiedz ostatnie zdanie w taki sposób aby dobitnie dać do zrozumienia że wbrew temu co mówi doskonale wie o co chodzi mężczyźnie – Jak na moje oko to nadawała się tylko do spędzenia następnego tygodnia w łóżku spiąć i lecząc rany.

Dekares zastanawiał się czy powiedzieć coś więcej kiedy odezwał się drugi mężczyzna. Prostolinijność wielkoluda była wprost rozbrajająca ale także budziła sympatie młodego myśliwego.

- Milo mi poznać także Ciebie Mirandorze – chłopak uśmiechną się teraz naprawdę serdecznie i podał rękę wielkoludowi, miał tylko nadzieje że nie przekręci niczego podczas wymawiania imienia mężczyzny.
Last edited by Dekares on Fri, 4 Sep 2009, 21:42, edited 1 time in total.
My armor is Contempt
My Shield is Disgust
My sword is Hatred
In the Emperor's name
Let none survive!

User avatar
Lalaith
Krzykaczka
Posts: 176
Joined: Sat, 26 May 2007, 20:19
Location: z Dalekiej Drogi
Contact:

Post by Lalaith » Fri, 4 Sep 2009, 22:42

Buc!
Dla przyjemności przyszłam, no, przecież to takie oczywiste, że jak ludzie się nudzą, to dają się napadać, a potem chodzą do lekarzy, żeby nie umrzeć z nudów… Eh…
– westchnęła z irytacją Lalaith. Oschłe przywitanie i wstęp z cyklu „co Panu/Pani dolega” zawsze doprowadzały dziewczynę do szału.

- Sprowadzić sprowadziła mnie pańska asystentka, czy może służka, – powiedziała dziewczyna słabym głosem, wskazując głową na drzwi, którymi przed chwilą wyszła brunetka. - Napadnięto mnie w drodze do miasta, to dość długa historia. Potrzebuję pomocy w opatrzeniu przedramienia – rana postrzałowa po spotkaniu z kuszą… Poza tym chyba nic poważniejszego.

Kapłanka umilkła, splatając dłonie na podołku. Wpatrywała się w wyżłobiony przez łzy czysty fragment dłoni, czekając na reakcję lekarza. Nie miała zbytniej ochoty patrzeć mu w oczy.
Mężczyzna patrzył na Lalaith zza szklanych okularów. Jego twarz nie wyrażała emocji, ale brwi uniosły się nieco.

- Proszę zdjąć... - zawahał się, - ten opatrunek. Zaraz zobaczymy, jak się przedstawia pani rana.

Podszedł do miski stojącej niedaleko okna i przechylił nad nią dzban. Szybko umył dłonie i odwrócił się do pacjentki, która właśnie kończyła odwijać brudną szmatę z ramienia.
Uważnie przyjrzał się ranie, nacisnął kilka razy skórę wokół obrażenia. Zmarszczył się na widok wypływającej strużki czegoś białego.

- Okładała to czymś pani? - zainteresował się, podnosząc wzrok na brudną twarz kobiety.

- Tyle, ile dało się zrobić, będąc ściganą przez uzbrojonego wariata w środku dzikiej puszczy, zrobiłam... Oczyściłam ranę - wodą. Wykorzystałam tez ziele krwawnika... Wiem, że nie wygląda to zbyt profesjonalnie, ale zrobiłam, co w mojej mocy, żeby rana się nie paskudziła. Bardzo dużo czasu zajęło mi dotarcie do miasta... - szepnęła wyczerpana próbami tłumaczenia. Jakby lekarz sam nie widział, co jej dolegało.

- Droga pani, - zaczął mężczyzna swoim skrzeczącym głosem, - medycyna to skomplikowana nauka, daleko wykraczająca poza gusła i przesądy. Trochę wody i liście to za mało, żeby należycie zająć się poważną raną postrzałową. Dobrze, że szybko dotarła pani do szpitala - inaczej mogłaby pani doprowadzić do czegoś o wiele gorszego, niż mogła sprawić kusza.
Pojawienie się ropy sugeruje zakażenie rany, które niekoniecznie musi pochodzić od pocisku, który ją spowodował. W tym samym stopniu pani sama może ponosić odpowiedzialność - brudna mulista woda nad wyraz często bywa siedliskiem najprzeróżniejszych żyjątek, które potrafią zagnieździć się w ciele człowieka. Tak samo zresztą, jak liście wszelkiego rodzaju chwastów, które odpowiednio przygotowane stają się pomocą dla lekarza, zaś przykładane do rany tuż po zerwaniu mogą okazać się domem czegoś, co zacznie żywić się uszkodzoną tkanką i wstrzykiwać do ustroju swe trujące wydzieliny.

Pokręcił głową, po czym podszedł do regału i zdjął z półki dwa słoiki. Odkręcił zakrętkę i w pomieszczeniu rozszedł się silny zapach. Lalaith rozpoznała Kordiał Sardiany - gęstą maść szykowaną z kilku gatunków ziół i wydzieliny dużych leśnych pająków; Matka Przełożona miała w swej apteczce nieduży pojemnik tego specyfiku, ale używała go jedynie w najcięższych przypadkach - kiedy nie gojąca się rana groziła koniecznością amputacji.

- Ta maść powinna pomóc pozbyć się zagrożenia - kontynuował monotonnym głosem lekarz, nakładając lek na ranę. - Będę sprawdzał na bieżąco stan pani obrażeń, żeby upewnić się, czy zakażenie zostało pokonane. Mam nadzieję, że to jedyny powód do zmartwień. Proszę się rozebrać. Być może podjęła pani jeszcze jakieś działania lecznicze, którymi pogorszyła pani sprawę...

Policzki kapłanki płonęły z gniewu i wstydu.

Jak on śmie? Uważa mnie za wioskowego głąba, który sam - i to celowo! - zrobił sobie kuku? Nawet nie wie, przez co przeszłam, by tu dotrzeć... - Myśli kłębiły się w głowie dziewczyny, nie dając spokoju.

- Czy to konieczne? - zapytała, starając się ukryć płomienne rumieńce na policzkach. Czuła się brudna i brzydka, jak obdarta ulicznica. Po stokroć wolała towarzystwo pogodnej dziewczyny, która ją tu sprowadziła.

I kąpiel na początek...

- Doktorze, ja przecież nie chciałam sobie zaszkodzić. Proszę nie traktować mnie, jak idiotki. Dotarcie do miasta kosztowało mnie niemal życie, a znalezienie się w szpitalu było przypadkowym cudem. Poza kilkoma siniakami i otarciami naprawdę nic mi nie jest. - Lalaith zająknęła się. - Naprawdę dziękuję za wszystko, co pan dla mnie robi... Ale chyba skoro najważniejsze niebezpieczeństwo zostało zażegnane, wolałabym najpierw doprowadzić się do porządku i odpocząć. Nie spałam wieki!

Lekarz popatrzył poważnie na dziewczynę i zmarszczył brwi.

- Droga pani, - powiedział powoli. - Jeszcze nigdy, w całej mojej karierze medycznej nie zdarzyło się, abym leczył kogokolwiek wbrew jego woli. Jeżeli nie ma pani życzenia znaleźć się pod moją opieką, wystarczy powiedzieć. Ale wtedy nie rozumiem, dlaczego spośród wszystkich drzwi w tym mieście wybrała pani akurat drzwi mojej placówki.
Nie uważam pani za idiotkę, tylko za pacjentkę - i w taki właśnie sposób panią traktuję. Mam w zwyczaju nie konsultować z pacjentami moich metod, ani nie pytać ich o opinię na temat używanych przeze mnie medykamentów. Nie interesuje mnie w tej chwili pani wykształcenie, ale pani obrażenia.
Zgaduję, że pani wiedza nie pomogła pani zbyt wiele, skoro znalazła się pani w Thoris w tak opłakanym stanie i z zakażeniem w ranie. Proszę więc pozwolić mi wykonywać moją pracę, a ja pozwolę pani wyjść ze szpitala w stanie o niebo lepszym od tego, w jakim pani do niego dotarła.

Spojrzenie doktora Tregartha było bystre i rzeczowe jak jego słowa. Nie patrzył na nią z pogardą ani z niechęcią. Po prostu wykonywał swoją pracę.

- Obiecuję pani, że nie stanie się tu pani żadna krzywda. I gwarantuję, że pani ciało nie znajduje się w żadnym niebezpieczeństwie. Nie jestem jednakowoż w stanie ocenić spustoszeń, jakie poczyniła w pani organizmie podróż, dopóki nie pozwoli mi się pani zbadać.

- Przepraszam... Ja po prostu... - dziewczyna plątała się, to blednąc, to się rumieniąc - Czuję się tak wykończona i brudna, że... Proszę o wybaczenie, nie neguję tego, co pan wie, po prostu czuję się niezręcznie w tak opłakanym stanie... - powiedziała, rozwiązując sznurówkę gorsetu.
- Co... co powinnam zdjąć? - zapytała, pierwszy raz mając odwagę spojrzeć lekarzowi w oczy.

- Wszystko to, co zasłania obolałe miejsca - odpowiedział doktor nie zmieniając wyrazu twarzy.

Świetnie... Pokazy cudaków dla ubogich wieśniaków... I tak wyglądam jak kompot z suszonych śliwek, więc co za różnica? - pomyślała dziewczyna, siląc się na nieco autoironii wobec mniejszych i większych siniaków, które wraz z koleżankami ze świątyni zwykły nazywać śliwkami.

Błądząc oczyma powyżej linii wzroku lekarza ściągnęła buty, rozsznurowała i zrzuciła gorset, a zaraz po nim spodnie. Świadomość własnej nagości, opłakanego stanu i wzroku obcego człowieka były dla młodej kapłanki powodem niemałego zawstydzenia. By pokryć zmieszanie, zarzuciła głową, odsłaniając smukłą szyję i delikatną linię ramion.

- W zasadzie ciężko znaleźć coś, co mnie nie boli - powiedziała, mając nadzieje, że głos jej nie zadrżał. Dłonie lekarza były ciepłe, suche i silne, choć nad wyraz delikatne. Uważnie oglądał zadrapania i siniaki dziewczyny.Kiedy skończył, ponownie podszedł do miski, by umyć ręce. Odwrócił się ku pacjentce i usiadł za biurkiem.

- Proszę się ubrać - powiedział, maczając pióro w kałamarzu. - Obawiam się, że będę chciał panią przytrzymać w szpitalu przez jakiś czas. Chyba, że ma się pani gdzie zatrzymać? - Nie czekając na odpowiedź, kontynuował: - Rana na ramieniu wygląda kiepsko, ale wierzę, że maść, którą zaaplikowałem, powinna zwalczyć infekcję. Draśnięcia i zadrapania wyglądają na czyste, choć zalecałbym kąpiel w ziołach, aby w pełni odkazić skórę i pozbyć się wszelkiego rodzaju ewentualnych zagrożeń.
Martwi mnie jednak stan pani ciała - jest pani wycieńczona i wymizerowana, nie wykluczam delikatnej anaemia. Jeśli ma się kto panią zaopiekować, chciałbym z nim porozmawiać na temat pani diety.
Jak się pani nazywa? Skąd pani pochodzi? Ile ma pani lat?

Dziewczyna zebrała swoje rzeczy. Ubierając się słuchała diagnozy lekarza. Nie powiedział nic, czego by nie wiedziała. Zakażenie przedramienia martwiło ją najbardziej, choć nie liczyła, że rana bez lekarstw sama się zagoi. Podczas sznurowania gorsetu syknęła - zaczynało boleć, a to z kolei znaczyło, że lek działał.
Kiedy medyk skończył swój wywód, (a może tylko zrobił przerwę na złapanie oddechu?) kapłanka zaczęła odpowiadać na postawione pytania.

- Na imię mi Lalaith, pochodzę z wioski zwanej Daleką Drogą. Tam się urodziłam, przeszło dwadzieścia wiosen minęło. I - jak już mówiłam - jestem tutaj zrządzeniem losu. Nie znam nikogo ani tu w mieście, ani w najbliższej okolicy, u kogo mogłabym się zatrzymać. Obawiam się więc, że sama będę musiała wysłuchać, co popsułam w swojej diecie - powiedziała, uśmiechając się lekko.

Lekarz pisał przez chwilę w całkowitym milczeniu.

- W takim razie po wyjściu z mojego gabinetu uda się pani do kąpieli, a potem zje pani obiad przygotowany w zgodzie z pani potrzebami żywieniowymi - solidna porcja mięsa, warzywa i czerwone wino. Myślę, że w kilka dni uda nam się panią wzmocnić, a ręka będzie mogła szybciej się zagoić. Jeśli oczywiście będzie się pani ściśle trzymała moich zaleceń i przestrzegała diety. Potem już będzie pani mogła udać się w dalszą drogę - jakikolwiek jest pani cel.

Na myśl o kąpieli Lalaith nie mogła powstrzymać uśmiechu. Właśnie tego było jej trzeba - gorącej wody, i spokoju z daleka od wariatów z kuszami.
Czy czymkolwiek innym...

- Obiecuję być posłuszną pacjentką...

Doktor Tregarth podniósł wzrok na dziewczynę i przekrzywił głowę w ptasi sposób.

- Co panią popchnęło w samotną daleką podróż? Ucieka pani przed czymś? Zrobiła pani coś złego? Skrzywdzono panią?

Lalaith odpowiedziała mu dumnym spojrzeniem.

- Nigdy nie zrobiłam nikomu nic złego... To, czy ktoś zrobił krzywdę mnie, to już inna historia - powiedziała, znacząco spoglądając na świeżo opatrzoną ranę. – Ja tylko chciałam pomagać innym, dzieląc się tym, czego mnie nauczono w świątyni Diyoli. Teraz… Nie mam dokąd pójść, i nie wiem, już czy nadal mam jakiś cel.

Dziewczyna zerknęła nieśmiało na medyka.

- Chyba, że pan potrzebuje tutaj zielarki, albo pomocnicy – kogokolwiek, komu można jeszcze wlać do głowy nieco wiedzy?
Last edited by Lalaith on Mon, 14 Sep 2009, 13:26, edited 1 time in total.
Być beznadziejnie niepewnym i szaleńcem nadziei
~~~~~~~~~~~~
Dziewczyna o delikatnej urodzie; długie rzęsy, bursztynowo zielone oczy. Usta w kolorze płatków maków. Krótko ścięte kręcone włosy w kolorze kasztanowo rudym nadają jej nieco zawadiacki wygląd. 160cm wzrostu i 55kg.

User avatar
Mirandor
Posts: 130
Joined: Thu, 23 Aug 2007, 19:49

Post by Mirandor » Fri, 4 Sep 2009, 22:56

W końcu gest który zrozumiał! Mirandor rozpromienił się, po czym mocno schwycił dłoń młodzieńca. Jego uścisk był mocny a skóra na dłoniach wyjątkowo szorstka - efekt wielu lat ciężkiej pracy.

Być może jego odległe zwyczaje i przyzwyczajenia wzięły górę, bo Mirandor zacieśnił uścisk dłoni i mocnym ruchem przyciągnął młodzieńca do siebie tak, że ów wtulił się w jego śmierdzącą futrzaną kurtę. Następnie potężny mężczyzna poklepał Dekaresa po plecach, po czym zwolnił uścisk dłoni i wyprostował się.

Radosny uśmiech gościł na jego twarzy, lecz przybysz z Północy nie powiedział nic więcej.
Last edited by Mirandor on Mon, 14 Sep 2009, 13:49, edited 2 times in total.

User avatar
Sylwav
Posts: 123
Joined: Mon, 10 Sep 2007, 22:11
Contact:

Post by Sylwav » Fri, 4 Sep 2009, 23:02

Uścisnął dłoń chłopaka, mając na twarzy grymas zawodu wywołany słowami młodego rozmówcy. Zerknął demonstracyjnie w okolice krocza Dekaresa.

- Wy, młodzi, macie tam coś jeszcze, prawda? Wszystko żyje tam na dole, działa jak należy? Bo z dwóch młodzieńców jakich spotkałem, dwóch zachowuje się jak ostatnie cnotki.
Kurna, w moich stronach młodzi po prostu brali się do dzieła! Niektórzy, zwłaszcza giermkowie, nawet nie pytali wybranek o zdanie. Od razu przystępowali do ataku - wykonał niedwuznaczny ruch biodrami. - Jakim cudem jeszcze nie wyginęliście? I dziewczyny na to lecą? Odpowiem za ciebie - nie. Wiesz co przyciąga laski? Pewność siebie. A wiecie co je odrzuca? - podczas tej - jakże dramatycznej - pauzy spojrzał na Mirandora i Dekaresa. - Gdy jesteście w stosunku do nich mili. Gdy pragniecie odgadnąć każde ich życzenie, zanim je wypowiedzą. Gdy jesteście dżentelmenami - splunął.

Zarechotał, jakby właśnie usłyszał przedni dowcip, po czym rozsiadł się na ławce.

- Mówię wam - westchnął. - Jeśli kobita ma do wyboru - cham, albo ulizany, dobrotliwy sługa, to wybierze chama. I nie bój nic, Ares. Dopóki ta twoja wielce poturbowana nie straciła nogi, to wszelkie niewygody niedawnej podróży z chęcią jej wynagrodzę w naturze - złapał się za krocze. - A ona, jeśli wcześniej tego zaznała, pewnie nie będzie miała nic przeciwko - uśmiechnął się zbójecko. - Oczywiście po uprzedniej rozmowie. Pójść z przypadkowo napotkaną niewiastą, ówcześnie jej nie poznawszy, nie jest w moim stylu. Zbyt ryzykownie.
I jeszcze raz - pewność siebie panowie, pewność siebie. A jak nie ta, to inna.

Przypomniał sobie teksty, jakimi swojego czasu męczył ludzi znających się na kobietach, a którzy odpowiadali mu:

- I nie wierzcie w "tę jedyną". Bajeczki... Nie istnieją takie kobiety. Są po prostu laski, z którymi łączy was większa chemia. Jest ich więcej, niż jedna, zaufajcie mi.
Last edited by Sylwav on Mon, 14 Sep 2009, 13:55, edited 1 time in total.
Osobnik wysoki, stosunkowo szczupły, lecz odpowiednio wyrzeźbiony. Włosy smoliście czarne, lekko przysłaniające bladą, gładką twarz. Ciemne oczy o nieco szalonym wyrazie współgrają z ironicznym uśmiechem. Postać ubrana jedynie w skórzaną kurtkę, obcisłe spodnie z tegoż samego materiału oraz wysokie buty, wszystko w kolorze czarnym.

User avatar
Dekares
Posts: 70
Joined: Sun, 16 Dec 2007, 12:03
Location: Konin
Contact:

Post by Dekares » Sat, 12 Sep 2009, 23:25

Dekares przez chwilę słuchał tyrady Sylwava.
Przez głowę przemknęło mu, aby walnąć mężczyznę. Bynajmniej nie z tego powodu, że zniszczył jego światopogląd odnośnie kobiet i ich zdobywania...
Chłopak zrozumiał tylko część wywodu, a to, co zrozumiał, nie spodobało mu się. Jego głowę gryzło pytanie: co oznacza określenie "dżentelmenami" O - jak to powiedział nieznajomy - Chemii nie wspominając...

Zastanawiał się, czy cham siedzący na ławce obraził go do tego stopnia, że powinien go walnąć w pysk albo potraktować nożem. Bądź co bądź, wujaszek Olm mówił mu, że nie powinien pozwalać sobie "dmuchać w kaszę", ale z drugiej strony - cham czy nie cham - mężczyzna na ławce był ranny, więc stłuczenie go na kwaśne jabłko wydawało mu się jakieś takie... niewłaściwe.
Ostatecznie zadecydowało to, że nie chciał ponownie robić kłopotów personelowi szpitala.

Przez myśl przeszło mu, żeby coś powiedzieć, ale wtedy przypomniała mu się inna rada wujka:Nie dyskutuj z idiotą. Najpierw sprowadzi cię do swojego poziomu, a później pokona doświadczeniem.
W takim wypadku wybrał jedyne możliwe rozwiązanie... zignorował Sylwava. Po jego tyradzie zaśmiał się tylko z wyraźnym politowaniem - miało to ukryć delikatny rumieniec zawstydzenia, spowodowany niektórymi stwierdzeniami mężczyzny i udało się -,jak sądził - doskonale - po czym zwrócił się do wielkoluda, powoli idąc w kierunku sadzawki:

- Mirandorze, mogę tak Panu mówić? - Nie czekając na odpowiedź mówił dalej: - Wspominał pan o latającym potworze, który tak pochlastał pański bok... Mógłbym się dowiedzieć o nim czegoś więcej? Chciałbym wiedzieć, jakie bydlęta próbują człeka rozpłatać w tych okolicach.
Last edited by Dekares on Mon, 14 Sep 2009, 14:18, edited 1 time in total.
My armor is Contempt
My Shield is Disgust
My sword is Hatred
In the Emperor's name
Let none survive!

User avatar
Astarael
Mistrz Gry
Posts: 1146
Joined: Sun, 25 Feb 2007, 00:05
Location: Enki-e Shao'Saye
Contact:

Post by Astarael » Mon, 14 Sep 2009, 14:30

Lekarz ponownie podniósł głowę i obdarzył Lalaith długim przenikliwym spojrzeniem.

- Nie wiem, co się obecnie dzieje w Cesarstwie, ale najwyraźniej przeżywamy jakiś najazd bezrobotnych medyków szturmujących nasz szpital... - powiedział nie do końca zrozumiale. Westchnął. - Droga pani, w pani stanie nie sądzę, żeby zdała się pani na wiele, a nasza praca do lekkich, łatwych i przyjemnych bynajmniej nie należy. Niemniej jednak nie odrzucam pani kandydatury, jeśli ciężkich zadań się pani nie boi; wolałbym jednak, żeby najpierw pani wyzdrowiała, zanim zacznę rozważać możliwość zatrudnienia pani w mojej placówce.

Tyradę lekarza przerwało delikatne pukanie do drzwi, zza których wyłoniła się urocza brunetka. Na jej ustach jaśniał nieśmiały uśmiech.

- Nie wiedziałam, czy już pan skończył, doktorze – powiedziała, zerkając na Lalaith.

- Właśnie zakończyliśmy wywiad – odpowiedział Tregarth, kiwając głową. - Proszę zabrać pacjentkę do łaźni i zaaplikować jej kąpiel z wywarem z szałwii; na skórze jest sporo skaleczeń, musimy zadbać o odkażenie ich i pomoc w gojeniu.
Potem trzeba znaleźć jej miejsce w sali chorych i nakarmić – mięso i czerwone wino powinny stać się podstawą jej diety podczas pobytu u nas.

- Kąpiel już gotowa, - uśmiechnęła się promiennie dziewczyna. - Wydam odpowiednie dyspozycje w kuchni jak tylko tam dotrę.

Tregarth w milczeniu kiwał głową, a w jego oczach pojawił się blask aprobaty.

- Życzę szybkiego powrotu do zdrowia, - powiedział, zwracając się do pacjentki. - Wkrótce się zobaczymy.

- Dziękuję – wymamrotała Lalaith, powoli podnosząc się do wyjścia. Czarnowłosa dziewczyna natychmiast znalazła się u jej boku i wsparła pacjentkę. Kapłanka z ulgą przyjęła pomoc – miała wrażenie, że resztki siły, które jeszcze pomagały jej trzymać się podczas rozmowy z Tregarthem, teraz w gwałtownym tempie opuszczały jej ciało, zostawiając ją słabą jak kupka jesiennych liści. Zdawało jej się, że bez pomocnicy nie udałoby jej się dotrzeć do drzwi.

Kiedy drzwi zamknęły się za nimi, brunetka zaczęła mówić:

- No i jak? Mówiłam pani, że będzie dobrze, prawda? Doktor jest przemiły... - zadziwiająco mocne ciało filigranowej dziewczyny zdawało się nie odczuwać ciężaru uwieszonej u ramienia Lalaith. - Teraz pomogę się pani doprowadzić do porządku, a potem będzie pani mogła zjeść i odpocząć. Gwarantuję, że z pełnym żołądkiem i po kilkunastu godzinach snu poczuje się pani jak nowo narodzona.

Kapłanka zmrużyła oczy, gdy wyszły z budynku i ponownie wkroczyły do ogrodu. Tym razem było tu dość tłoczno.
Poza chłopakiem, który zaproponował jej wodę, dostrzegła jeszcze wysokiego ubranego na czarno mężczyznę z szerokim uśmiechem na twarzy i spowitego w futra olbrzyma.
Z przeciwka nadchodził postawny młodzieniec w szarej szacie, z mieczem w dłoni. Zadrżała przerażona.
* * * Mirandor nie zdołał odpowiedzieć. Niemal równocześnie w ogrodzie pojawiły się kolejne osoby – ubrany w szary strój młodzieniec, który powitał ich w tym miejscu oraz dwie kobiety: czarnowłosa dziewczyna w białej koszuli i kolorowej spódnicy prowadziła ostrożnie brudne i poranione czupiradło.
Przybysz z Północy miał właśnie przemówić do Dekaresa, gdy oczy chłopaka zwróciły się ku nadchodzącym kobietom; młodzieniec zamarł jak sarna, gdy zobaczy drapieżnika.

Sylwav z rozbawieniem patrzył na nagłe osłupienie młodzika - tak szlachetnie przemawiającego jeszcze chwilę temu, a teraz wgapiającemu się jak przysłowiowa sroka – w dwie niewiasty; o ile, oczywiście rozczochrana kaleka kwalifikowała się do użycia tej definicji. Natomiast ślicznotka w kwiecistej kiecce... no, to już była insza inszość...
Wzrok wojownika prześliznął się po gładkich czarnych włosach, skrytych białą koszulą piersiach, wąskiej kibici i szerokiej spódnicy, aż po drobne stopy. A potem na powrót w górę... Choć ciężko było to ocenić przez gęste włosy spadające na oczy dziewczyny – był przekonany, że napotkał jej wzrok. Nieznajoma skinęła głową.

- Pański miecz, - powiedział Adrian do Dekaresa, wręczając mu broń. - Oraz maść zaordynowana przez doktora, - dodał podając chłopakowi niewielki gliniany pojemnik nakryty kawałkiem przewiązanego sznurkiem płótna. Proszę delikatnie smarować rany i nie zawiązywać na noc bandaży.

Wzrok mężczyzny spoczął na kobietach.

- Czy doktor Tregarth jest już gotów przyjąć następnego pacjenta? - zapytał. Brunetka odpowiedziała mu kiwnięciem, nie zatrzymując się.

- W takim razie, panowie, - Adrian odwrócił się do Sylwava i Mirandora, - który z was pierwszy spotka się z medykiem?
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.

User avatar
Mirandor
Posts: 130
Joined: Thu, 23 Aug 2007, 19:49

Post by Mirandor » Mon, 14 Sep 2009, 18:34

Mirandor również obejrzał wszystkich wchodzących; osobie z mieczem nie poświęcił tyle uwagi, co kobietom i temu, że jedna z nich wyglądała jak chodzące nieszczęście. Więc ruszając w ich stronę, odparł Dekaresowi:

- Tak mam na imię i tak mi możes mówić, Dekaresie.

Nie wypadało, by kobiety musiały się nawzajem dźwigać, skoro było tu tak wielu mężczyzn. Podszedł do nich i z uśmiechem na twarzy powiedział:

- Pani pozwoli, że ja pomogę. Jestem silny i mogę ponieść ranną.

Brunetka popatrzyła na Mirandora z uprzejmym uśmiechem i śmiesznie zmarszczyła nos.

- Dziękuję bardzo, - powiedziała melodyjnym głosem. - Myślę, że jestem wystarczająco silna, żeby pomóc tej pani dotrzeć bezpiecznie na miejsce. A jej nogi nie ucierpiały, więc poradzimy sobie doskonale.

Jej słowa zbiły go z tropu i zawrócił do bezpiecznej przystani, jaką był dla niego Sylwav.

- Dokąd mamy iść? - Spytał cichym głosem. - Ja nie wiem, po co mamy iść.

Był coraz bardziej zdziwiony miejscem, w którym się znalazł. A na pewno nie podobało mu się, że nie mógł pomóc kobiecie. Co miały do stracenia? Przecież nie chciał ich okraść ani pobić, tylko uczciwie pomóc w potrzebie. Dziwne myśli przechodziły mu przez głowę.
A jeżeli ona była więźniem? Albo ją okradli i chcieli to ukryć? A może szły do miejsca, gdzie nie wolno wchodzić mężczyznom?

Spytam Sylwava - uciął myśli, ostatecznie nic nie mówiąc. Chciał najpierw dowiedzieć się, gdzie miał się udać i czy było to bezpieczne.
Last edited by Mirandor on Tue, 13 Oct 2009, 23:14, edited 1 time in total.

User avatar
Sylwav
Posts: 123
Joined: Mon, 10 Sep 2007, 22:11
Contact:

Post by Sylwav » Mon, 14 Sep 2009, 19:17

Nie odpowiedział na skinienie dziewczyny. A raczej nie odpowiedział w sposób, w jaki zwykle się to robi. Zamiast ukłonu, brunetka napotkała uśmiech - nie uprzejmy, nie obleśny, a raczej ciekawy. Cholernie ciekawy, wzmocniony parą przyglądających się każdemu ruchowi ślepi.
Gdy już zbadał ogólną budowę ciała nieznajomej, przeszedł do wnikliwego wpatrywania się w jej oczy. Uniósł brwi, jakby zwietrzył wyzwanie.

Cholera, a jednak trochę adrenaliny weszło do obiegu. Na luzie, Sylwav, na luzie.

Dostrzegł zmierzającego w stronę niewiast Mirandora. Propozycja olbrzyma pokazała, że za cholerę nie zrozumiał wykładu wojownika. Nie powstrzymał się przed mimowolnym pokręceniem głową.

- Mir - powiedział całkiem głośno, - daj spokój. Spójrz na te nogi - zmierzył wzrokiem wdzięki brunetki. - Na takich pięknościach można by pół świata przemierzyć - zignorował fakt, że spódnica wszystko zasłaniała. - Chętnie bym z panienką zamienił kilka słów przy winku - starał się patrzeć w jej prawe oko, - ale i ja jestem zajęty, i ty chwilowo też. Podaj mi swoje imię, będzie mi cię łatwiej później odszukać. - Na twarzy Sylwava malowała się wręcz bezczelna pewność siebie. - Jeśli chcesz, możesz zabrać ze sobą koleżankę - spojrzał niepewnie w stronę czupiradła.

Przypomniał sobie o olbrzymie.

- Bez obaw, Mir. - Nie spuszczał wzroku z brunetki. - Poczekaj, aż wrócę od doktorka. To nie powinno trwać długo.
Last edited by Sylwav on Tue, 13 Oct 2009, 23:18, edited 1 time in total.
Osobnik wysoki, stosunkowo szczupły, lecz odpowiednio wyrzeźbiony. Włosy smoliście czarne, lekko przysłaniające bladą, gładką twarz. Ciemne oczy o nieco szalonym wyrazie współgrają z ironicznym uśmiechem. Postać ubrana jedynie w skórzaną kurtkę, obcisłe spodnie z tegoż samego materiału oraz wysokie buty, wszystko w kolorze czarnym.

User avatar
Mirandor
Posts: 130
Joined: Thu, 23 Aug 2007, 19:49

Post by Mirandor » Sat, 19 Sep 2009, 07:49

Spojrzał na Sylwava ze zdziwieniem, jak zazwyczaj przy jego słownych tyradach. Jednak w Mirandorowym czerepie coś się już zakodowało: że nie wszystko, co słyszał, było tym, co powinien zrozumieć.

- Cyli o co dokładnie chodzi? Da sobie radę sama? - jego zarośnięta twarz nieco się zaczerwieniła. - Ja nie chciałem, żeby ona myślała, że nie da rady. Ja chciałem tylko im pomóc - tłumaczył się. To najwyraźniej wyczerpało jego limit słów na tę chwilę, więc spasował odchodząc w kierunku ławki.

- Idź do tego doktra - powiedział siadając. - Ja pocekam tutaj.

Rozsiadł się na ławce i wbił wzrok w niebo, licząc, że nikt nie będzie go zaczepiał.
Last edited by Mirandor on Tue, 13 Oct 2009, 23:22, edited 1 time in total.

User avatar
Dekares
Posts: 70
Joined: Sun, 16 Dec 2007, 12:03
Location: Konin
Contact:

Post by Dekares » Tue, 22 Sep 2009, 21:15

Dekares przez chwilę przyglądał się parze kobiet. Jednak po kilku sekundach zajęła go zupełnie inna sprawa, mianowicie pojawienie się Adriana dzierżącego inny "obiekt pożądania" - o wiele bliższy sercu chłopaka niż obcowanie z niewiastami.
Miecz błyskawicznie został na powrót zawieszony na swoim miejscu.

- Dziękuję, - powiedział do pomocnika doktora, po czym przeniósł wzrok na miecz z wyraźnym błyskiem w oku. Kciukiem wysunął odrobinę ostrze i pieszczotliwie przejechał po nim palcem. Rozłąka trwała krótko, ale i tak chłopak zdążył się stęsknić za swoją bronią. Od kilku lat byli niemal nierozłączni i chłopak miał nadzieję, że tak już pozostanie.

W końcu wrócił do spraw doczesnych i ponownie zwrócił się do Adriana:

- Miałbym do Pana jeszcze pewną sprawę...
Last edited by Dekares on Tue, 13 Oct 2009, 23:31, edited 1 time in total.
My armor is Contempt
My Shield is Disgust
My sword is Hatred
In the Emperor's name
Let none survive!

User avatar
Astarael
Mistrz Gry
Posts: 1146
Joined: Sun, 25 Feb 2007, 00:05
Location: Enki-e Shao'Saye
Contact:

Post by Astarael » Tue, 13 Oct 2009, 23:32

Głowa dziewczyny zwróciła się ku Sylwavowi, a na jej ustach pojawił się uśmiech. Jej towarzyszka także obróciła twarz w kierunku mężczyzny, a jej zielone oczy zabłysły dziwnie w brudnej twarzy.
Wojownik był ciekaw, jaki blask skrywała czarna grzywka ślicznotki...

- Bardzo dziękuję – odpowiedziała brunetka melodyjnym głosem, który uderzył w werble w głowie Sylwava. - Niestety, niespecjalnie smakują mi trunki dostępne w Thoris. Niewykluczone jednak, że dane nam będzie rozmawiać przy kubku ziół, jeśli doktor Tregarth uzna, że należy pana zatrzymać w szpitalu.

Szelmowski uśmiech dziewczyny dodawał jej uroku.

- Na imię mi Selena – dodała jeszcze, delikatnie kierując ledwo żywą pacjentkę dalej między drzewa. Po chwili już ich nie było.

Sylwav zerknął na siedzącego w trawie Mirandora. Olbrzym zdawał się być pogrążony w rozmyślaniach, a nieobecny wzrok utkwił w przesuwających się po niebie chmurach.
Dwaj pozostali mężczyźni rozmawiali nieopodal.

Adrian patrzył na Dekaresa z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Skinął głową.

- Oczywiście – powiedział. - Jak mogę panu pomóc?
* * * Lalaith z ulgą przyjęła zanurzenie się w chłód korytarza, którym prowadziła ją dziewczyna. Czuła się coraz słabsza, choć równocześnie miała wrażenie, że nareszcie mogła pozwolić sobie na rozluźnienie. Tutaj chyba naprawdę nic już jej nie groziło; tutaj było jak... w domu: dbano o nią i martwiono się jej stanem.
Selena – wreszcie wiedziała jak na imię jej wybawicielce – otworzyła drzwi i kapłanka poczuła falę ciepła i ziołowego zapachu.

Na środku kamiennego pomieszczenia stała drewniana balia wyłożona prześcieradłami. Nad powierzchnią wody unosiła się wonna para. Brunetka delikatnie posadziłą kobietę na drewnianej ławie.

- Pomogę się pani rozebrać i umyć – mówiła spokojnym tonem, a jej dłonie zaczęły zręcznie rozwiązywać sznurówkę gorsetu. - Pewnie jest pani cała obolała. Proszę się o nic nie martwić, teraz już wszystko będzie dobrze.

Lalaith nie miała siły, by protestować. Pozwoliła oswobodzić się z garderoby i usadzić w balii. Łzy wdzięczności napłynęły jej do oczu.

- Tylko proszę jeszcze nie zasypiać – powiedziała szybko Selena. - Doktor Tregarth dałby nam do wiwatu, gdyby się dowiedział, że nic pani nie zjadła... - zachichotała cicho.

Delikatne dłonie przesuwały się po ciele kapłanki, zmywając brud, kurz i zaschnięta krew. Zawstydzenie starało się przebić przez obezwładniającą falę zmęczenia, która dzięki ciepłu kąpieli natarła na Lalaith ze zwielokrotnioną mocą. Głos dziewczyny docierał do niej z coraz większej odległości.

- Jakie pani ma piękne włosy, - mówiła Selena, myjąc splątane loki pacjentki; najwyraźniej starała się nie dopuścić do zaśnięcia kobiety. - Zanim pozwolę pani odpocząć, będę musiała je wyszczotkować. Inaczej nigdy nie doprowadzi ich pani do porządku.

Lalaith czuła się jak we śnie.
Delikatna dziewczyna wyprowadziła ją z balii i zręcznie osuszyła prześcieradłem, po czym otuliła obolałe ciało miękkim płaszczem kąpielowym. Pomogła jej założyć drewniane chodaki – nie możemy pozwolić żeby nam się pani przeziębiła – i zwinęła brudne ubranie w nieduży węzełek – osobiste drobiazgi zamkniemy pod kluczem, a strój oddam do prania.
Potem znów szły korytarzem, aż znalazły się w przestronnej sali, w której stało wiele łóżek.

- Jeszcze przez chwilę nie wolno pani zasypiać – powiedziała jej opiekunka, sadzając kapłankę na miękkim sienniku. Pościel pachniała czystością i krochmalem. - Znikam tylko na chwilę. Wrócę i zadbam o pani włosy.

Lalaith słabo skinęła głową i rozejrzała się wokół.
Wysoko umieszczone okna wpuszczały do sali światło. Równe rzędy łóżek umożliwiały niesienie pomocy wielu pacjentom, choć nieliczne jedynie były w tej chwili zajęte.
Kamienna posadzka lśniła czystością.
Łzy znów napłynęły do oczu osłabionej kobiety.
* * * - Proszę się obudzić – Lalaith zamrugała szybko, patrząc na stojącą obok jej łóżka dziewczynę. Na uroczej twarzy widniał serdeczny uśmiech. - Na razie godzina snu musi pani wystarczyć – powiedziała Selena unosząc pacjentkę. - Teraz zje pani obiad, póki jest gorący, wyszczotkujemy włosy, a potem może pani spać do woli.

Wzrok kapłanki spoczął na sąsiednim łóżku, z którego docierały smakowite zapachy. Na drewnianej tacy stał talerz z dymiącym pieczystym i gotowanymi warzywami, oraz kubek. Obok umieszczono niewielki słoiczek i szczotkę do włosów.
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.

User avatar
Lalaith
Krzykaczka
Posts: 176
Joined: Sat, 26 May 2007, 20:19
Location: z Dalekiej Drogi
Contact:

Post by Lalaith » Wed, 14 Oct 2009, 17:41

Sam zapach pieczystego był tak wspaniały, że mógłby wyciągnąć z grobu umarłego. Mógł więc na pewno zmusić do wstania z łóżka głodną jak wilk młodą kobietę, która - bądź co bądź - trupem jeszcze nie była.
Na szczęście.

Lalaith usiadła, wspierając plecy o poduszkę.

- Hmmm… Przepraszam. Starałam się nie zasnąć, ale tak jakoś wyszło – powiedziała, rumieniąc się lekko. - Bardzo pani dziękuję, Seleno. Godzina snu dla kogoś, kto miał tyle wrażeń co ja ostatnio, to jak zapaść w zimowy sen i obudzić się wiosną…

Sięgnąwszy po tacę z posiłkiem, kapłanka zwróciła się ku obserwującej jej poczynania Selenie.

- Czy mogę zadać pani kilka pytań? To miejsce przypomina mi bardzo świątynię Diyoli, w której uczyłam się ziołolecznictwa w moim miasteczku. Chociaż… kiedy pomyślę o tym miejscu, to może tamto było bardziej wioską? – powiedziała dziewczyna.

Między jednym, a drugim kęsem wybornego obiadu dziewczyna zasypywała towarzyszkę pytaniami.
W końcu chyba jednak zostanie w Thoris trochę dłużej niż sądziła. To miasto musiało być ogromne - tak przynajmniej zdawało się Lalaith, dla której do niedawna świat ograniczał sie do wioski, w której się urodziła, i kilku miejsc w najbliższej okolicy. To oznaczało, że należało zebrać choć minimum wiedzy o miejscu, w którym, przynajmniej na razie przyszło jej żyć. A Selena wydawała się mieć nieskończone pokłady serdeczności i wręcz anielską cierpliwość.

Zwłaszcza, biorąc pod uwagę zachowanie tego kruczowłosego typa, którego mijałyśmy przy sadzawce…

- Czy to miejsce – Lalaith zatoczyła dłonią krąg, obejmujący salę chorych, rzędy czystych łóżek i, w domyśle, całą resztę kompleksu – jest szpitalem, czy patronuje mu jakieś konkretne bóstwo? Nieopodal widziałam piękny budynek ze złoconą kopułą – to na pewno była świątynia… I czy nasz, a w zasadzie mój opiekun, doktor Tregarth wszystkich swoich pacjentów traktuje tak z góry? Chyba po tym, jakie zrobiłam pierwsze wrażenie, nie mam wielkich szans na pracę tutaj…? - powiedziała, starając się ukryć zawstydzenie pod uśmiechem.

Odstawiwszy tacę z pustym już talerzem, Lalaith sięgnęła po szczotkę do włosów, które, choć czyste, nadal przypominały bardziej podwórzową miotłę.
Szczotkując włosy układała w głowie wszystko, co jej się do tej pory przytrafiło. Od momentu wybrania Drogi, kiedy z wioskowej dziewczyny stała się kapłanką swojej Bogini, mającą o niej świadczyć, aż do teraz - kiedy w głównej mierze z powodu swojej naiwności - przebywała w szpitalu.
Lalaith była zła na siebie, że chcąc zrobić w życiu coś dobrego, wszystko popsuła. Nie mogła przecież służyć swojej Bogini leżąc tutaj w takim stanie, a może też i nie powinna, skoro zdaniem tutejszego medyka nie umiała sama sobie pomóc i jej wiedza o ziołach na niewiele się zdała w zderzeniu z brutalną rzeczywistością.

Mimo wszystko, miło było wiedzieć, że jednak byli też na jej drodze dobrzy ludzie - tacy jak Selena, czy Dekares.
Na myśl o nim dziewczynie zrobiło się cieplej na sercu. Był miły i nie potraktował jej jak trędowatej. Szczera troska, która nie wynikała z chęci zrobienia na niej wrażenia czy zaimponowania komukolwiek sprawiła, że zwykły gest, jakim było podanie jej manierki z wodą, urósł w oczach kapłanki do rozmiarów czynu iście rycerskiej miary, zasługującego choćby na podziękowanie.
Miała nadzieję, że on też zagrzeje tu miejsce na dłużej.

Lok za lokiem, pasmo za pasmem włosy dziewczyny odzyskiwały blask, choć praca posuwała się powoli.
Nawet jeśli we własnej opinii, niezależnie od podjętych działań, na tle Seleny wypadała raczej blado, to pocieszał ją fakt, że przestawała wyglądać jak żebraczka. Może jednak doktor da jej teraz szansę, by pokazała,że jej wiedza też była coś warta? Lalaith zamyśliła się.

Bogini, tak strasznie Cię zawiodłam... Wpakowałam się w kłopoty, zamiast nieść Twoje światło. Wybrałam Drogę, którą powinnam iść sama, a ciągle potrzebuję czyjejś pomocy. Czy dasz mi kolejną szansę, bym coś zmieniła? Nie chcę, żeby moje życie, żeby Droga, którą wybrałam, się zmarnowały... I proszę, miej w opiece Dekaresa, który okazał mi tyle troski i dobrego serca. Czuwaj nad jego ścieżką i powrotem do zdrowia.

- I jeszcze jedno… - zawahała się. – Razem ze mną w ogrodzie był młody chłopak, Dekares. Czy on nadal tu jest? I czy mogłaby pani przekazać mu, że chciałabym się z nim zobaczyć? Powinnam mu chociaż podziękować za troskę okazaną w czasie oczekiwania na pani powrót i wizytę u doktora.
Last edited by Lalaith on Sun, 18 Oct 2009, 00:36, edited 4 times in total.
Być beznadziejnie niepewnym i szaleńcem nadziei
~~~~~~~~~~~~
Dziewczyna o delikatnej urodzie; długie rzęsy, bursztynowo zielone oczy. Usta w kolorze płatków maków. Krótko ścięte kręcone włosy w kolorze kasztanowo rudym nadają jej nieco zawadiacki wygląd. 160cm wzrostu i 55kg.